STEVIE RAY VAUGHAN - wszystko

...czyli nasze muzyczne tematy monograficzne

Moderator: mods

Postautor: Andrzej Jerzyk`e » maja 5, 2005, 11:58 pm

Gościu! Wykonałeś kawał dobrej roboty. Dobrze że ten temat wraca. Jesteśmy na trzeciej stronie tej zakładki, a na pierwszej, w paru postach, przytoczyłem wybrane fragmenty z artykułuu red. Danusi Matysik "Ulubieńcy Bogów Żyją Krótko" napisanej w dwóch częściach, z pisma "Bluesman" gdzie ukazały się tylko trzy wydania 94/95. Miałem nadzieję że pociągniemy troszkę ten temat, jednak jak dla mnie, trwał za krótko. Ufam, że teraz po Twoim opracowaniu, znów przywrócimy należny blask Steviemu. Nie ukrywam że dziesięć lat temu, opowieścią Danusi Matysik byłem bardzo poruszony. I choć na tej stronie, umieściłem tylko wybrane fragmenty, to dziś po przeczytaniu Twojego postu, zdjąłem z półki stare wydanie "bluesmana" i raz jeszcze zagłębiłem się w tą wyjątkową lekturę. W dodatku dzięki Tobie, wróciłem dziś do krążków Vaughan'a.
Proszę, ujawnij się nam...
Pozdrawiam!!!
Awatar użytkownika
Andrzej Jerzyk`e
Ojciec Dyrektor
Ojciec Dyrektor
 
Posty: 25041
Rejestracja: kwietnia 16, 2004, 8:54 pm
Lokalizacja: Ostrów Wielkopolski

Postautor: Gość » maja 7, 2005, 7:33 pm

Mimo, iż na płytach Vaughan'a znajduje się wystarczająco miejsca na kilkuminutowe improwizacje, w których artysta daje upust swym emocjom, trzeba otwarcie powiedzieć, że jest to jedynie namiastka tego czym Stevie raczył publiczność, występami na żywo. Nie stanowi to bynajmniej wyznacznika jakości, stawiając koncerty ponad płyty studyjne. Vaughan posiadł po prostu coś, co cechuje tylko naprawdę wybitnych artystów- umiejętność wkładania całego swego serca oraz aktualnego stanu ducha w każdy najmniejszy nawet występ przed publicznością. Czyni to więc z granych z niesamowitym polotem i spontanicznością koncertów oraz zmyślnie skonstruowanych płyt dwa zupełnie od siebie różne arkana magii mistrza. By całkowicie zrozumieć i docenić sztukę Steviego trzeba poświęcić wystarczająco sporo czasu na zapoznanie się z każdym z tych elementów. Niestety ze znaczącej większości koncertów Vaughana pozostały nam tylko opowieści szczęśliwców, mających okazję zobaczyć Steviego na żywo. Wypowiedzi jednogłośnie wyrażają zachwyt i zdumienie- jak ten niepozornie wyglądający Teksańczyk mógł w klubiku ledwie mieszczącym 300 osób dokonać w niespełna 40 minut muzycznego misterium, którego nie można zapomnieć do końca życia. "Stevie nigdy nie grał czegoś dwa razy tak samo" mówi jego brat Jimmi, a wtórują mu wszyscy najbliżsi Vaughana, miejmy jednak nadzieje, iż te kilka uwiecznionych na Video występów da nam chociaż po części poczuć atmosferę Vaughanowskiego bluesa, granego na żywo.

Za najlepsze zobrazowanie miłości, jaką artysta darzył występowanie przed publicznością posłużyć może Dvd z zarejestrowanego w 1983r. koncertu w torontańskim (:D?) klubie o wdzięcznej nazwie El Mocambo, promującego debiutancki album „Texas Flood” Grupa przybywając do Toronto dostała dodatkowej porcji energii, a to za sprawą mającego miejsce kilka dni wcześniej koncertu Rolling Stonesów, który odbył się właśnie na tym obiekcie. Szybko zeszli jednak na ziemię, przekonując się co do protourowego i rozgrzewkowego charakteru występu legendarnej brytyjskiej grupy. El Mocambo jest to bowiem - choć do dziś od czasu do czasu goszczący jakąś znaną osobistość ze świata Jazzu czy Bluesa -bardzo mały i prezentujący się dość mizernie klubik. Przychodząc na poprzedzającą koncert próbę, która zresztą za sprawą kapryśności Steviego przy wyborze odpowiedniego tytoniu do nieodłącznego atrybutu artysty, ulubionej fajki(którą nie raz pykał sobie podczas najefektowniejszych zagrywek) uległą opóźnieniu, członkowie Double Trouble nie kryli swego zdumienia wielkością i jakością oglądanego obiektu. „Nagłośnienie i oświetlenie były fatalne”- mówił potem Tony Shannon. „Więcej widowiskowego światła wzbudziła by na Sali moja zeszłoroczna choinka, To było bardzo dziwne uczucie grać dla publiczności, której prawie w ogóle nie widać”. Warto dodać, iż to właśnie na tej próbie Stevie wpadł na pomysł ekwilibrystycznych ewolucji z gitarą, wieńczących wykonanie”Texas Flood” Po latach muzycy podkreślają znaczenie wspaniałej publiczności, która przez cały czas żywiołowo reagowała na grę Steviego, co niewątpliwe uskrzydliło gitarzystę. Tony Shannon- „Co się tyczy kanadyjskiej publiczności, to za każdym razem kiedy tam gram, czuję jej obecność, jej reakcje. A jest to bardzo ważne, gdyż poprzez reakcje publiczności wytwarza się pomiędzy nią a artystą wystąpującym na scenie ta specyficzna energia, która po prostu każdy występ czyni lepszym. Gra Steviego zawsze zdawała się brzmieć lepiej, w towarzystwie większej ilości słuchaczy. Lista utworów na koncercie (jeżeli w ogóle można użyć tego sformułowanie, gdyż jak dowiadujemy się z zamieszczonego na płycie wywiadu z Double Trouble Stevie planował kolejność granych piosenek jedynie podczas trasy z Jeffem Beckiem”) w ponad połowie składa się z kawałków z „Texas Flood” Resztę zaś stanowią covery, które jak wszystkie aranżacje Vaughana brzmią świeżo, oryginalnie i z właściwym tylko sobie stylem. Jest tu Hendrixowskie Voodoo Chile, jedno z najlepszych wykonań tego utworu , oraz „Third Stone From The Sun”, podczas którego Stevie testuje wytrzymałość ulubionego Stratocastera. Co nadto, Dvd zawiera jeszcze 2 utwory „So Exited” i „Hug You Squeeze You” których nie możemy usłyszeć na żadnym studyjnym albumie oraz wydanej pośmiertnie kompilacji z utworami Vaughana. Cały Show wzbogacony jest poprzez wyżej wspomniane akrobacje z gitarą, które płyną ze Steviego tak szczerze i tak naturalnie. Cris Layton- „ Wszystkie sceniczne zachowania Steviego, jak granie za plecami, czy głową, nie były w żadnym stopniu zaplanowane. To nie była powtarzająca się z koncertu na koncert rutyna. Gdy decydował się na jedną ze swoich kombinacji, musiał tak mu kazać wewnętrzny impuls i właśnie tak było tamtej nocy w Toronto” W swych improwizacjach oprócz bluesowego klimatu, samoistnie płynącego spod nieprawdopodobnie grubych strun gitary Vaughana, Stevie pokazał swe czysto techniczne umiejętności, czym do dziś zyskuje sobie szacunek wszelkiej maści miłośników i gitarzystów, których sztuka przypomina bardziej sprawnościowe popisy cyrkowców niż muzykę samą w sobie. Ręce Steviego oprócz szybkości cechuje jeszcze nieprawdopodobna wytrzymałość, co umożliwia mu grę na strunach o tej grubości. Wie o tym dobrze Albert Collins- „ Oprócz tego faceta nikt nie wytrzymałby z tym instrumentem dłużej niż 15 minut” Zapewnia to Vaughanowi potężne brzmienie, które przebija się przez fatalną, trzeba przyznać jakość dźwiękową tego Dvd. Na osobne zdanie zasługuje niesamowite 12 minutowe wykonanie „Texas Flood”, dla mnie osobiście, co tu dużo mówić jest najlepiej zagranym bluesowym kawałkiem jaki kiedykolwiek miałem okazie widzieć, bądź słyszeć. Wszystko to czyni z koncertu w El Mocambo nieśmiertelne muzyczne dziedzictwo jednego z najwybitniejszych gitarzystów w historii, pozostawione nowym pokoleniem miłośników bluesa. Przed każdym włączeniem tego Dvd, należy zwrócić się do Boga w podzięce za obecność kamer podczas tego niesamowitego spektaklu:)
Gość
 

Postautor: Gość » maja 9, 2005, 5:10 pm

Nie sposób też nie powiedzieć kilku słów o najważniejszym chyba wystąpie Vaughana, granym w 82 roku na festiwalu w Montreaux 40 minutowym koncerciku, którym otworzył sobie drzwi do wielkiej kariery. Latem 82 kapela desperacko potrzebowała jakiegoś przełomu, gdyż dla 30 prawie letnich wówczas muzyków, zaczynał powoli wybijać ostatni dzwonek na zaistnienie dla szerszej publiczności. Gdy więc menadżer Cutter Brandenburg wspomniał o propozycji z Montreaux grupa porzuciła wszystkie planowane projekty i udała się do Szwajcarii, jakby miała podbić cały świat. I nie było by w tym nic niezwykłego, gdyby przez następne ponad 20 lat, każdy recenzujący tamto wydarzenie, określałby je mianem „Wejścia Smoka, opisując jak to nikomu nie znany „gitarzysta z Texasasu powalił na kolana kilkutysięczną szwajcarską publiczność. Faktem jednak jest to ,iż wszystko miało się nieco inaczej. Grupa, zdając sobie sprawę z wagi występu, oraz możliwości jakie niosło by ze sobą dobre zaprezentowanie się przed wszystkimi zgromadzonymi na Sali, dała, trzeba powiedzieć, najdziwniejszy koncert w życiu, którego nie sposób jednoznacznie ocenić. Stevie wyszedł na scenę zupełnie inny od tego jakim zdążyła go zapamiętać teksańska publiczność, oraz od tego jaki był na późniejszych koncertach. Naprawdę, ciężko jest dobrać epitety określające osobę Vaughana z tamtej nocy lecz na pewno można było odczuć brak tego luzu i spontaniczności, czym zawsze zjednywał sobie widownie. Zagrał tak jakby od tego występu zależało całe jego życie. Kowbojskie buty, luźna na wpół rozpięta koszula wyraźnie eksponująca złoty łańcuch a pod nim rozciągający się na całą klatę tatuaż, ekstrawagancki kapelusz, elvisowskie baczki, w ustach dogasający papieros, słowem na scenie pojawił się prawdziwy teksański twardziel. Publicznośćjednak nie była na to przygotowana. „To była bardzo bardzo spokojna noc”- mówi potem Chris Lyton,” Kapele grającą przed nami ledwo dało się słyszeć, ktoś smucił coś na klasycznej gitarze, ktoś brzdąkał na kontrabasie i nagle wchodzimy my, z maksymalnie podkręconymi wzmacniaczami, grając „Hideaway” Freddiego Kinga. Widownia mogła poczuć się lekko zmieszana” A powiedzieć trzeba, iż swoje zmieszanie wyraziła, aż nader sugestywnie. Każdy bowiem grany przez Steviego utwór nagradzano solidną porcją gwizdów. Oczywiście byli na Sali i tacy, którzy dobrze się bawili, lecz ich ekspresyjne tańce wyglądały raczej komicznie w akompaniamencie buczących jak krowy miejscowych zgredów. A koncert sam w sobie, mimo iż do najlepszych w karierze muzyków nie należał, to z pewnością nie zasługiwał też na tak ostrą krytykę ze strony widowni. Późniejsze wielkie przeboje Vaughana jak „Pride and Joy”, czy „Rude Mood” choć zagrane dość sztywno i drętwo, zdecydowanie miały prawo się podobać, szczególnie jeżeli doda się do tego niezwykle ostre i surowe brzmienie gitary Steviego. Dla samego artysty nie miało to jednak żadnego znaczenia. Żegnany gwizdami opuścił scenę wyraźnie przybity i załamany, będąc na skraju płaczu. Los jednak chciał, że właśnie tamtej nocy dał najbardziej przełomowy występ w swojej karierze. Na sali znalazły się bowiem dwie, znane muzyczne osobistości, które potrafiły poznać się na talencie i pasji Vaughana. Po koncercie w znajdującym się na tym samym obiekcie barze, gdzie Stevie koił swoje smutki, podszedł do grupy znajomo wyglądający szpetny jak noc osobnik, w którym od razu rozpoznano samego Davida Bowie. Brytyjska gwiazda wyraźnie zainteresowała się osobą Vaughana. Tego jednak w nie nadającym się do niczego nastroju, reprezentowali Chris Layton i Tommy Shannon, a owocem owej rozmowy był udział gitarzysty w nowym projekcie Bowiego, wydanego w 1983 roku powrotu w stylu disco RN’B Co więcej, kilkadziesiąt minut później do klubu przyszła kolejna znana postać z propozycją- Jackson Brown, który zaoferował bezpłatną sesję nagraniową w jego własnym studio w Los Angeles, co zresztą zostało w całości wykorzystane. Tam właśnie Vaughan zarejestrował swój debiutancki album. Tommy Shannon po latach podsumowuje całe zdarzenie słowami „Czasem gdy coś zdaje się kompletną klęską, tak naprawdę okazuje zawoalowanym wspaniałym zwycięstwem” Warto jeszcze powiedzieć, iż 3 lata później Stevie został ponownie zaproszony do Montraux, a tłumnie zgromadzona publiczność, która zdążyła już zapoznać się z albumami Vaughana, potraktowała go jak bohatera. On za to odwdzięczył się najlepiej jak tylko mógł- dając niezapomniane bluesowe widowisko, którego echa do dziś odbijają się po tej szwajcarskiej miejscowości.

Pawela
Gość
 

Postautor: Walker » maja 15, 2005, 6:45 pm

Prosimy o jeszcze !
Do tej pory wszelkie informacje o SRV czerpałem z amerykańskich stron (na tyle ile byłem w sobie w stanie przetłumaczyć). Te teksty znacznie ułatwiają życie. Zapuszczam krążki Steviego i czytam.
Dawaj dawaj - nie przestawaj ! :)
Awatar użytkownika
Walker
bluesmaniak
bluesmaniak
 
Posty: 25
Rejestracja: kwietnia 15, 2005, 3:21 pm
Lokalizacja: Tarn?w

Postautor: Gość » maja 16, 2005, 5:27 pm

Hahha, sam Walker- Jakub Skoczeń, w którego pracach jeszcze stosunkowo niedawno zaczytywałem się bez liku prosi o jeszcze!! Cosik może skrobnę, ale najsampierw zaliczyć rok muszę, a właśnie nadchodzą decydujące tygodnie. Informacji na ten temat należy szukać oczywiście na stronach amerykańskich, gdzie oprócz biografii czy artykułów z Guitar Playera nie brakuje wywiadów z samym Steviem oraz pośmiertnie zarejestrowanych podsumowań jego krótkiej kariery. Na pewno nie stracicie tez na kupnie dvd z załączonymi komentarzami najróżniejszych muzyków związanych z Vaughanem.
Gość
 

Postautor: Walker » maja 17, 2005, 12:46 pm

Niestety na mojej stronie jest względne minimum ale ciesze się ze ludzie to docenili :)
O tym wspaniałym bluesmanie z Texasu można by napisać kilka książek (właściwie to nawet znam dwie).
Popracuje w wakacje nad nowa strona.
Pozdrawiam Blues... i Stevie-maniaków ;)
Awatar użytkownika
Walker
bluesmaniak
bluesmaniak
 
Posty: 25
Rejestracja: kwietnia 15, 2005, 3:21 pm
Lokalizacja: Tarn?w

Postautor: Gość » maja 17, 2005, 4:08 pm

Konkretniej miałem na myśli napisaną przez Ciebie biografię Steviego, bodaj najlepszą jaką czytałem po polsku. Check this out : http://tangledupinblues.com/SRV-links.html
Gość
 

Postautor: Gość » sierpnia 1, 2005, 7:09 pm

"Cisza przed powodzią" :lol:

Nazwanie Steviego Ray Vaughana najwybitniejszym artystą
bluesrockowym ostatnich dwóch dekad to tak jakby całą pasję bluesowego utworu zawrzeć w słowach „motyw muzyczny o 12-taktowej strukturze” Stevie był bowiem nie tylko pionierem sześciu strun, tchnący na nowo życie w gitarowy warsztat umierającego rock&rolla ale i pełnym uosobieniem spadku jaki pozostawiła całej współczesnej kulturze czarna muzyka znad delty Missisipi, akceptowanym nawet przez ich najortodoksyjniejszych przedstawicieli. To szlachetnie mieniąca się bluesowa ikona, która nie zatonęła w ogromnym potoku gówna wszelkiej maści pseudorockowych kapelek via guns’n roses , punkowych pomyleńców czy eurytmicsowego disco pełnymi strumieniami płynącego na głowy odbiorców w latach 80. I Mimo, iż po jego śmierci dane nam było jeszcze usłyszeć paru naprawdę świetnych gitarzystów o twórczości godnej miana rock&rolla to z biegiem czasu coraz dobitniejsze stają się stwierdzenie, że Vaughan to po prostu ostatni prawdziwy bohater gitary jakiego rock będzie miał okazję zobaczyć.

Ze względu na swą tragiczną śmierć w wieku 35 lat Stevie bardzo szybko obrósł w status legendy i dołączyć do plejady najbardziej rozpoznawalnych gitarzystów .. Są nawet tacy, którzy twierdzą, iż gdyby tego feralnego dnia 27 sierpnia 1990 roku helikopter niosący na pokładzie Vaughana oraz ekipę Claptona nie zderzył się z jedną z gór stanu Wisconsin to cała atmosfera wokół osoby teksańskiego gitarzysty nie była by tak podniosła. Inni doszukują się poszlak ”kultowości” Steviego w jego trwającej ponad 2 lata bardzo głośnej, terapii antynarkotykowej oraz co za tym idzie obszernej działalności artysty na rzecz pomocy wszystkim uzależnionym. Jego odkupienie oraz przywrócenie wiary stało się znacząca częścią wszelkiego rodzaju wywiadów i doniesień prasowych a przeżycia związane z kontaktu z Bogiem służyły jako główne źródła inspiracji do zapożyczonych z ruchu hippisowskiego przemówień , którymi artysta zawsze wzbogacał swe koncerty. I mimo ,iż w wizji Vaughanowskiej legendy jako skutku wszelkiego rodzaju pięknej i poetyckiej, choć nie koniecznie związanej z samą muzyką, wymową jego życiorysu jest i malutka doza prawdy, to niewątpliwe są to wszystko rzeczy właściwe każdej ikonie współczesnej sztuki i zdania typu „facet pojawił się odpowiednim miejscu we właściwym czasie” w ogóle nie powinny padać. Tym bardziej, iż Vaughan nie był sztucznie wylansowanym przez media nagłym objawieniem, a osobą, która na swój sukces sama sobie zapracowała, przez 28 lat będąc anonimem dla szerszej publiczności. Szukając swojej muzycznej tożsamości, eksperymentując, ucząc się od starych mistrzów, odnajdując inspiracje w artystach dnia dzisiejszego Stevie w końcu osiąga styl wskrzeszającego bluesa lat 80. Styl, którym Vaughan jak nikt inny od dwóch dekad wypełnił lukę pomiędzy komercyjnym rockandrollem a zamkniętym w swym niszowym środowisku bluesem. Styl, który mimo tego, iż nad trudność techniczną zagrywek przekłada czysty błękit- to co w danej chwili płynie z serca, rozpisywany jest na nie zliczenie wiele szkółek gitarowych, będąc obiektem kultu dla fanatyków tego instrumentu. Styl, definiujący Vaughana jako jeden z największych talentów muzycznych naszych czasów.

I choć z jego historią możemy zapoznać się poprzez niezliczenie wiele artykułów, czy książek biograficznych i to w naszym ojczystym języku słów mówiących o Steviem jest jak na lekarstwo. Słów na które z pewnością zasługuje. Tekstem tym chciałbym więc oddać swój hołd dla tego wielkiego artysty, i mam nadzieje ,że ta notka biograficzna opisująca wyjątkowo długi okresu poprzedzający debiutancką płytę Vaughana.. pozwoli niektórym z przyjemnością dowiedzieć się czegoś o jego osobie znanej im tylko z krążków i kilku ciekawostek krążących po Internecie, a innym może pomoże zrozumieć istotę geniuszu tego artysty. Jako, że tekst w całości wydał mi się za długi i jego lektura mam nadzieję ,że w jak najmniejszym stopniu ale z pewnością może nużyć, podzieliłem go bez większego zamysłu na 2 części. I tak chronologicznie, zaczynamy od dorastania w Dallas.

Może Vaughan nie należał do patologicznej rodziny, Nie znęcano się nad nim, miał gdzie spać, z głodu też nie cierpiał, Nie wychowywała go rozwiedziona 40 letnia matka co noc sprowadzająca nowego kochanka w przedziale wiekowym od 70 do 16 lat. Nie miał powodów, by na ścianach malować chore rysunki odzwierciedlające jego zniekształconą psychikę. Nie chciał podpalać własnego domu, NIE na pewno, nie miał tak źle jak podobno mieli CI „WIELCY” artyści naszych czasów, usilnie kreowani przez media jako ikony dzisiejszej kultury. Ale Stevie z pewnością nie miał też łatwego dzieciństwa.

Pierwszą rzeczą odróżniającą małego Vaughana od dzieci wzorowego amerykańskiego Yuppie było jego miejsce urodzenia. Dom państwa Vaughanów sytuował się bowiem w podmiejskiej dzielnicy Dallas- Oakcliff, nie będąca bynajmniej skupiskiem wielkich luksusowych willi z basenami w stylu Miami.. Na swą zaś reputacje wśród mieszkańców całego Texasu, stanu znanego ze swych rasistowskich poglądów, dzielnica ta zwana również Brooklynem południa, zasłużyła sobie przede wszystkim tym, iż znacząca część jej mieszkańców stanowili właśnie murzyni, najczęściej walczący o dobry byt metodami niezgodnymi z prawem. Biała mniejszość tocząca z nimi zaciekłe podwórkowe wojny oraz fakt, iż oficjalnie uznany zabójcą Kennedego, Lee Harvey Oswald, pochodził właśnie z tego rewiru, (notabene mieszkał dwa domy od Vaughanów) splendoru też nie dodawała. I wydawać by się mogło, że dla każdego wychowującego się w tej dzielnicy dziecka, miejsca zamieszkania jest jego przekleństwem, dla Steviego jednak stanowiło pierwszy krok do muzycznej przyszłości. Mimo, iż przez całe życie bity i pogardzany tylko za to że lubi grać na gitarze, nie zbiera kart z gwiazdami futbolu i nie ma nic do ,murzynów to w pewnym sensie Vaughan winien być wdzięczny opatrzności za to, że urodził się właśnie w Oakcliff. Dało mu to bowiem od dziecka możliwość autentycznego kontaktu z prawdziwym bluesem.. Szeroko dostępne winyle z czarną muzyką, będące w Texasie , a w szczególności w Dallas, istnymi białymi krukami ,a przede wszystkim koncerty na żywo na które mały Vaughan cichaczem przemykał się do klubów „tylko dla czarnych” to wszystko ukształtowało dzieciństwo Steviego oraz jego muzyczną tożsamość, będąc tym samym tymi dobrymi wspomnieniami z okresu dorastania., wspomnień, których jego wczesne życie domowe z pewnością mu nie dostarczało.

Rodzina Vaughana- mimo, iż sam artysta jako z natury dobry i kochający człowiek, zawsze wyrażał się o niej ze szczerą miłością to trzeba przyznać, że składa się z ona z członków o zupełnie przeciwstawnej osobowości, skorej do różnego rodzaju ekscesów. W każdym razie o przysłowiowym domowym cieple Stavie mógł sobie tylko pomarzyć. Jego ojciec Jimmie Lee Vaughan był człowiekiem ze zdecydowanie trudnym charakterkiem.. Typowy budowlaniec, który monotonie codziennej harówy nader często odbijać sobie sięgając po napoje wyskokowe, co zważywszy na jego tendencje do zmiennych i dość skrajnych nastrojów miało destrukcyjny wpływ na życie rodzinne. Nie do rzadkości należały bowiem sytuacje kiedy to podpity ojciec terroryzował swoich najbliższych a obiektem wyładował jego furii była Pani Vaughan, która jako bardzo oddana katoliczka odznaczała się przesadnym wręcz spokojem i wrażliwością, co w tych trudnych momentach najbardziej denerwowało Jimmiego. Nie znaczy to jednak wcale że chłopcom Steviemu oraz jego o 3 lata starszemu bratu Jimmiemiu Jr też się nie obrywało. Dla mlodszego z braci Vaughan o delikatnej psychice , szczególnie w młodości kropka w kropkę podobnej do usposobienia swojej matki, alkoholowe wybryki ojca były bardzo wstrząsające i odbiły się na zachowaniu wrażliwego chłopca Jego wujek do dziś wspomina kiedy to pewnej nocy Martha Vaughan przyprowadziła do niego swego 8 letniego synka, gdy musiała załatwić jakieś formalności i nie było nikogo kto by się nim zajął. „Tylko nie spuszczaj go z pola widzenia, bo on naprawdę potrafi oszaleć”- ostrzegła. Wujek Jole, przekonany jednak, że wszystko było to tylko mamine gadanie z premedytacją uciekł chłopcu za róg, gdy ten nie uważał. Efekt był natychmiastowy „Kiedy dzieciak zobaczył, że coś jest nie tak spojrzał się w lewo, potem w prawo, a potem darł się w niebogłosy, tak ,że wszystkie psy w okolicy zaczęły szczekać”- wspomina wujek. Powodów do tego typu zachowań dostarczał Steviemu jeszcze jego starszy brat, który wchodząc w trudny okres dorastania wyładowywał na nim swe napięcie. Z biegiem czasu zaczął bać się Jimmiego i z drugiej strony darzył go wielkim szacunkiem, co miało potem wpływ na muzyczny rozwój Steviego. Starszy z braci Vaughanów wdał się w swojego ojca. Od zawsze odznaczał się zimną osobowością i nigdy nie wykrzesał z siebie jakiegokolwiek czułego wyrażenia uczuć. Nie przeżywał też scen kiedy ojciec wracał do domu pijany. Zawsze udawało mu się jakoś wymknąć i resztę nocy spędzić w towarzystwie starszych kolegów, gdzie już jako 12 letni dzieciak zaczynał przygody z niedozwolonymi środkami. Stevie natomiast nie mógł znależć oparcia w kumplach. Od zawsze był inny, odstawał od reszty; i w przeciwieństwie do brata miał trudności z odnalezieniem się w towarzystwie, które zresztą nigdy też go nie akceptowało, niemilosiernie naśmiewając się z jego powiedzmy charakterystycznego kształtu nosa. Dla innych powód do zabawy dla Steviego natomiast nos był obiektem nie tyle zakompleksienia, bo co do swojej osoby chłopiec zawsze zachowywał dystans, a podmiotem wielu mąk i okropnych cierpień. Od pierwszego zetknięcia się z późniejszą muzyką Vaughana a konkretnie s jego partiami wokalnymi, można zauważyć, że artysta należał do osób tych „wiecznie zakatarzonych” o głosie jakby cały czas zatykał sobie nos palcami. Jego problemy nie ograniczały się jednak tylko do zniekształconego głosu. Katar wewnątrz narządu węchowego 8- letniego Steviego czasami wzbierał się i naciskał tak mocno, że niemalże rozsadzał mu nos. Państwo Vaughan postanowili więc za ciężko zarobione pieniądze poddać swojego młodszego syna operacji, której rezultatem były jednak bardziej zewnętrzne zmiany w aparycji narządu, aniżeli jakakolwiek poprawa. Z biegiem lat jednak dorastający Stevie nabrał hartu ciała i wyposażony w specjalny sprzęt do mechanicznego poszerzania jamy nosowej jakoś sobie radził, by dopiero w wieku 30 lat poddać się skutecznej operacji, która jednak nie zmieniła barwy jego głosu. Tak więc dla nieśmiałego, samotnego i borykającego się ze zdrowiem 9-latka jedną z niewielu rzeczy, które naprawdę dostarczały mu szczerej przyjemności było radio i kolekcja winyli należąca do jego rodziny. Jako najważniejszą część całego tygodnia Stevie traktował audycje radiowe, dwóch legendarnych już discjockey – znanego z filmu Amerykańskie Graffiti – Wolfmana Jacka i Johna R, którzy w swym programie znajdowali miejsce na „kolorową muzykę”, obejmującą szersze grono artystów, więcej niż mega gwiazdy tamtej epoki Buddy Holly czy Fats Domingo. I mimo, iż jego ojciec z krwi i kości Teksańczyk darzył murzynów pogardą i nie miał w swojej kolekcji ani jednego krążka artysty o innym kolorze skóry i nigdy też podczas bardzo częstych rodzinnych wycieczek na lokalne przedstawienia muzyczne nie pozwalał synom słuchać tych „brudnych czarnych dźwięków, to młody Vaughan od początku wiedział, iż muzyka murzynów, jeżeli chodzi o jej szczerość i czystą pierwotna energię płynącą z duszy artysty wyprzedza białych o lata świetlne. A ze wszystkiego najbardziej podobały się te wolniejsze rytmy, z tą dziwną prostą strukturą melodyczną, z tymi tekstami tak magicznie powtarzanymi, czasami przypominając jakże mistyczną recytacje, śpiewanymi takim ładunkiem emocjonalnym z taką głębią, raz z cierpieniem raz z radością, cała muzyka tak różna od wszystkiego co kiedykolwiek słyszał. Bez dwóch zdań, BLUES od razu zafascynował młodego chłopca i stał się prawdziwą miłością na całe życie.. Jako, ze rodzinna Vaughanów z małymi wyjątkami w postaci choćby ojca- Jimmiego Lee, była niezwykle muzykalna i miała w swych szeregach niejednego profesjonalnego grajka, mały Stevie na różnego rodzaju rodzinnych spotkaniach, które kochał całym sercem miał okazję posłuchać bluesa granego w czasie rzeczywistym , na kolanach błagając jakiegoś krewnego by jeszcze raz zagrał te kilka akordów w tej magicznej progresji. Na razie jednak jego fascynacja ograniczała się do samych dźwięków i w ogóle nie widział siebie w roli osoby wydobywającej je z sześciu strun. Wszystko jednak zmieniło się pewnego gorącego lipcowego dnia 63 roku kiedy jego brat Jimmie podczas meczu futbolowego doznał skomplikowanego złamani obojczyka. Wówczas by umilić 12-latkowi rekonwalescencje jeden z bliskich krewnych rodziny obdarowuje go przedmiotem, który cały, bardzo nieszczęśliwy i bolesny wypadek, zmienił być może w najważniejsze wydarzenie w życiu obu chłopców - 3 strunową gitarę. Nowe cacko brata wywarło w 9 letnim Steviem uczucie palącej zazdrości, która nie okazała się jednak jak czas pokazał stereotypowym gówniarskim „Mama ja też chcę. ” . Rodzice mając brzuch przewiercony na wylot w końcu zaspokoili po części potrzeby młodszego synka, kupując mu plastikową imitację instrumentu.
Nie minęły 2 lata, a po krótkim jeszcze epizodzie z saksofonem młody Vaughan kupuje za kilka dolarów swoją pierwszą elektryczną gitarę – Gibsona Messenger oraz wzmacniacz Silverstona, szybko zmieniony na Fendera Champion 600 Wreszcie 11 letni Vaughan może całkowicie oderwać się od podwórkowych zabaw kto szybciej dobiegnie do drzewa, dziecięcych programów telewizyjnych czy meczy dallas mavericks, które od zawsze uważał za głupie. . Od tej pory życie młodego chłopca podzieliło się na 2 sektory.- Słuchanie przynoszonych do domu przez starszego brata płyt mistrzów elektrycznego bluesa oraz importu tych magicznych dźwięków na swoje skromne wiosełko. Jimmiego, którego rola w edukacji muzycznej swojego brata ograniczała się tylko do pokazania kilku chwytów w dalekiej przeszłości, od razu wprawiło w zdumienie to, jak świetnie 12 leni Stevie radzi sobie ze słuchową interpretacją utworów królujących w tamtych czasach wielkich panów Kingów- BB., Freddiego i Alberta. Rozpoczynający już swą przygodę z koncertowaniem po lokalnych klubach w Dallas starszy z braci Vaughan postanowił więc w wolnych chwilach nauczyć brata kilku podstawowych technik skupiając się przede wszystkim na ćwiczeniach pomagających mu grać ze słuchu. „ W końcu przyszedł czas”- wspomina potem Stevie”… gdy Jimmie ostrzegł mnie ‘Jeżeli jeszcze raz poprosisz mnie bym pokazał Ci jak grać ten kawałek, skopię twój tyłek’ , i ja prosiłem a on za każdym razem dotrzymywał słowa, . Brzmi to trochę nieprzyjemnie, ale to w jaki sposób Jimmie przyczynił się do muzycznej tożsamości swojego brata w ogóle nie powinno mieć znaczenia, jeżeli popatrzy się na końcowe efekty. „Jimmie pokazał mi po prostu jak uczyć się samemu, za co mu jestem niezmiernie wdzięczny” mówi Stevie. Tak więc oprócz podglądania , „choro wręcz idolizowanego”, jak twierdzili nawet 15 lat później członkowie Double Trouble, starszego brata, Vaughan uczy się gitarowego rzemiosła również jak wyżej wspomniane z płyt. . Z jednej strony muzycy z za oceanu- Eric Clapton, Jeff Beck, z drugiej Buddy Guy, Muddy Walters i wielu wielu innych, trzeba powiedzieć, że źródeł do nauki miał pod dostatkiem. Wszyscy jednak na długi okres zeszli na drugi plan kiedy to w 1967 roku pojawia się ktoś kto dla obu Vaughanów nie jest jedynie jakąś tam „muzyczną inspiracją”. Ktoś kto był mentorem, Bogiem, prawdą ostateczną. Kimś hen ponad wszystkimi ponoć inspirowanymi jego twórczością jedno strunowymi szybkościowymi riffami, jakie wkrótce wypaczyły dobrego rock& rolla. Jimi Hendrix, bo o nim oczywiście mowa był bluesem, zmysłowym doświadczeniem na które składały się palce gitarzysty, umysł , całe ciało ale i też elektroniczne możliwości, które nigdy nie były wyzwalane z serca gitary. Od tego momentu Jimmie Vaughan jak i całe sześciostrunowe społeczeństwo postanowił tak jak Hednrix eksperymentować z brzmieniem. Szaleć po sypialni, grając językiem zębami, za karkiem za plecami. W tym okresie znany dziś ze swojej wyważonej oszczędnej i prostej gry jeździł w dół i górę skali tak jak Hendrix, artykułował tak jak Hendrix, całe oszczędności wydał na najdroższy pedał wah-wah, by tylko choć trochę brzmieć jak Hendrix.. Repertuar jego grupy Chessmen wywrócił się do góry nogami kosztem Hendrixa. Zresztą tak samo było z ówczesnym całym gitarowym pokoleniem, którego przewodnim hasłem stało się „pierdolony hendrix człowieku”, i to wystarczyło. Szybko okazuje się też iż Jimmie Vaughan nie jest jakimś tam przeciętnym wyrobnikiem mechanicznie kopiującym uduchowione nutki mistrza, a młodym perspektywicznym gitarzystą, który dochowując wierności oryginałowi, dodaje również kosztem wielodniowego wysiłku, coś od siebie. A nie ma na świecie kogoś o większych kompetencjach do wydawania osądów nad rezultatem wplatania artystycznej tożsamości Starszego Vaughana w muzyczne dogmaty naszych czasów, niż sam ich autor we własnej osobie. I tak oto kiedy w roku 67 do Dallas przyjeżdża osławiony niedawnym spektakularnym debiutem Jimi Hendrix, na rozgrzanie publiczności najęta zostaje grupa Chessmen, pod przewodnictwem Vaughana, który swym występem tak zaimponował mistrzowi, iż doświadczył bardzo gorących gratulacji z jego strony i otrzymał prezencie unikalny pedał wah-wah, nieraz znajdujący się pod hedrixowskim butem i 100$,”rzeby chłopak dalej się rozwijał” A jak na to wszystko zareagował Stevie? On w przeciwieństwie do brata- sztandarowego „badass”, który niezadługo roztrząsał w pamięci dostąpionego zaszczytu i podarowane pieniądze wyrzucił następnej nocy na jakąś porcyjkę białego proszku, przeżył to wydarzenie zdecydowane silniej. Ponad możliwości 13 letniego chłopca było na razie całkowite objęcie i zrozumienie geniuszu Hednrixa oraz wydobycie tych dźwięków ze swego skromnego wiosełka zarówno z przyczyn technicznych jak i po prostu patrząc po etapie muzycznego rozwoju. Tak więc sukces brata wielkim impulsem jeszcze bardziej pogłębią w Steviem uwielbienie Jimmiego, ale tym razem wreszcie miało to jakieś konstruktywne aspekty. Bezczynne zapatrzenie w poczynania swego idola przemieniło się w silną mobilizację „Kiedyś będę taki jak Jimmie”. „ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć, tak wyglądała dewiza młodszego Vaughana. Stopniowo zgłębia tajniki magii Jimiego Hendrixa, nie zapominając również o równoległych twórcach puszczanych w radiu i z płyt należących do Jimmiego. W końcu zaczyna też odwiedzać „czarne kluby” w dzielnicy Oakcliff, gdzie standardowo po wieczornym występie przychodzi czas na otwarte nocne Jammy, z których uczestniczący chłopak wyciąga nowe lekcje, później godzinami analizowane w zaciszu sypialni. Z czasem rodzice stają się coraz bardziej zaniepokojeni. Stevie opuszcza pokój- swoje muzyczne sanktuarium tylko wtedy gdy z głodu nie ma już dość energii przy przesuwać palcami po gryfie, a z gitarą nie rozstaje się nawet w nocy, tuląc ją do siebie podczas snu. Stosunek rodzice- muzykalność syna nie był bynajmniej przerabianym w życiorysie większości artystów schematem antagonistycznym, przynajmniej jeszcze przez najbliższy okres. Pan Vaughan pogodził się z perspektywę jego starszego syna jako pełnoetatowego muzyka a pasję młodego Steviego akceptował, zawsze użyczając obu potomkom garażu do wszelkiego rodzaju prób i pełniąc w ich kapelach funkcję przewoźnika sprzętu, nawet do najodleglejszych zakątków dystryktu Dallas. Był po prostu szczęśliwy widząc jak jeszcze 12 letni Stevie, umoczywszy uprzednio dzióbek w ojcowskim kuflu, przełamuje pierwsze lody swojej nieśmiałości grając przed publicznością- raz to znajomymi, raz rodziną a czasami jammując, najczęściej w zespole swego brata. Młody Stevie nigdy jednak nie wywoływał u słuchaczy takiego poruszenia jak jego starszy brat, a jego gra w połowie nie była tak spektakularna w porównaniu z wyczynami Jimmiego. Rodzeństwo pod względem wizualnych, estetycznych wrażeń, jakie pozostawiali na publiczności, również stanowiło grę kontrastów i określenie „brzydkie kaczątko” idealnie obrazuje osobę Steviego z tamtych lat- zarówno jako muzyka jak i jego czysto fizycznej atrakcyjności Dlatego też Vaughan senior cały czas starał się bardzo delikatnie przemienić daleko idące zapędy syna w niezwykle piękne i nie tak popularne acz niewiążące się z zawodowstwem hobby. I Mimo jego wyrachowanej i nie drastycznej działalności, tatuśkowi zdarzyło się od czasu do czasu wybuchnąć po raz tysięczny słysząc z góry chuckberrowskie „Gitar Boogie”, na czym ucierpiała zewnętrzna powłoka przyszłego muzycznego łabędzia Pisze. Zewnętrzna , ponieważ młodemu Vaughanowi, całkowicie pochłoniętemu magią bluesa ani przez myśl nie przeszło by robić w życiu cokolwiek innego poza grą na gitarze. Nawet Mimo tego, iż całe otoczenie prawie w ogóle go nie doceniało. W chwilach zwątpienia pomagało mu pewne zdarzenie jeszcze z przed dwóch lat, kiedy to obiektem frustracji 12 letniego Vaughana zaczynało być brzmienie jego gitary. Pierwszy instrument Steviego - Gibson Messenger za nic w świecie bowiem nie był w stanie kopiować mistrzów bluesa, więc za każdym razem gdy Jimmie wychodził gdzieś z kolegami z jego pierwszej pełnoetatowej kapeli Chessmen., mały Stevie zakradał cichaczem do pokoju brata i oddawał się wyuzdanym rozkoszom jakie niósł ze sobą Fender- Broadcaster rocznik 52, należący do Jimmiego. Wlaśnie podczas jednej z tego typu eskapad nastąpiła dla Steviego bardzo ważna chwila, mająca wpływ na jego dalsze losy jako muzyka. „Jimmie, zostawiłeś włączone radio” powiedział pewnej nocy Dayle Brahmall –perkusista i wokalista ….., kiedy nastolatkowie wychodzili z domu Vaughanów by skosztować zakazanego owocu nocnego życia dzielnicy Oak Cliff. Dayl przysiągł , iż słyszy muzykę, płynącą z sypialni obu braci. Jimmie od razu dostał szewskiej pasji. Dobrze wiedział, że to nie radio tylko ten cholerny smarkacz, nie mogący zadowolić się swoim sprzętem. Szybko pobiegł na gorę by dać nauczkę młodszemu bratu, kiedy to w ostatniej chwili powstrzymał go Brahmall, oczarowany umiejętnościami młodszego Vaughana. Nakazał Steviemu grać dalej, ten z kolei, zupełnie zmieszany dokończył „Jeff’s Boogie” Jeffa Becka-jeden z najbardziej pionierskich numerów gitarowych tamtych lat, po czym grzecznie odstawił instrument i opuścił pokój. Stevie długo pamiętał tę chwilę. Brahmall, będący dla chłopca wielkim autorytetem -jako kolega z zespołu Jimmiego, był też , jak wspomina sam artysta, „ pierwszym, który powiedział mi że jestem dobry. Przez długie lata nic nie dało mi większej wiary w siebie jak tamta pochwała Dayla” Z biegiem lat wynikło, iż Brahmall uczynił dla Vaughana jeszcze wiele dobrego, na tamtą chwilę jednak jego kontakt z Daylem ograniczał się do sporadycznych wizyt w klubach, gdzie występowali Chessmen Tam też młody Vaughan otrzymuje po znajomości od drugiego gitarzysty z kapeli Jimmiego, Gibsona Les Paul – model T.V z 54 roku, z którym to dołącza do swej pierwszej pełnoetatowej kapeli „Blackbirds ” co wkrótce pozwala mu na kupno kolejnego instrumentu- Les Paula –Gold top z 52 . Co ciekawe, nim jeszcze zaistniał na bluesowej scenie w Dallas, jako gitarzysta w swoim zespole, Vaughan poruszył miejscową publiczność, kiedy to jako 14 letni dzieciak zastępował na deskach zamkniętego w więzieniu basistę grupy Texas Storm- nowego projektu Jimmiego. Za proste jednak było by, gdyby Stevie pożyczył od kogoś gitarę basową do tego zadania. Chłopak obluźnił struny tak by brzmiały jak bas i tak pomykał, ani na krok nie odstając od reszty zespołu, ze swym największym idolem –Jimmiem na czele. Gdy jednak wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że oto nadszedł dla Steviego czas na jego autorską kapelę Vaughan rezygnuje ze swego statusu w zespole brata, oraz wszelkich innych tego typu okazyjnych działalności i cale swe serca poświęca Blackbirds. Ta 3 osobowa grupa w skład której wchodził charyzmatyczny czarny wokalista grający na basie- Christian Pilque i perkusista John Watson okazała się dla Steviego miejscem, gdzie wreszcie mógł zagrać tak jak chciał. Dla wstydliwego i nieśmiałego nastolatka, bowiem granie koncertu czy nawet jammowanie w towarzystwie wielu muzyków, których prawie w ogóle nie znał było bardzo często niezręczne i krępujące, powodując, że gra Vaughana brzmiała jakość inaczej- niepewnie bez wyrazu. Odzwierciedlała przytłoczenie chłopca.. Blackbird to jednak zupełnie coś innego. Pełne zaufanie i wiara w umiejętności Steviego ze strony członków zespołu- przyjaciół na dobre i na złe pozwoliły mu wreszcie na ekspresje swego prawdziwego muzycznego JA
W stopniowym przystosowywaniu się chłopca do życia społecznego- zarówno w zespole, jak i poza nim, bez wątpienia pomogło mu opuszczenie lokalnemu państwowemu liceum, zabraniającego noszenia długich włosów i przenosiny do szkoły zakonnej jak się okazała zrzeszająca właśnie takich „odmieńców” nie akceptowanych przez inne Teksaxańskie uczelnie, „z zasadami” i tam Stevie wreszcie mógł znaleźć bratnie dusze. Już nie był wiecznie przesiadującym w swej sypialni samotnikiem. Poznawał nowych ludzi, umawiał się z dziewczynami, a na jego twarzy coraz częściej witał uśmiech i stopniowo przemieniał się w rozpromienionego dzieciaka, znanego już nam z lat 80. Stając się towarzyski i otwarty na świat nie ma więc problemów z zaangażowaniem do wspomnianego „Blackbirds” Chrisiana Pilquea, który niesłychanie mu zaimponował swym solowym występem w jednym z odwiedzanych przez Vaughana klubów, oraz …. świetnego kolegę Johna Watsona- kumpla zarówno od alkoholowych ekscesów jak i osobistych wyznań. A Jako, że jeden z członków grupy nosił nazwisko Vaughan, i był tej samej krwi, co uwielbiany już przez lokalny bluesowy światek Jimmie, „Blackbirds” nie mieli początkowo większych kłopotów ze znalezieniem miejsca, gdzie mogli by się lansować. Rozgrzana pełna zapału główka 15 letniego Steviego z czasem troszkę jednak ostygła. Okazało się bowiem, iż , iż kompletna dominacja w zespole oraz co za tym idzie godzenie przesadzonych z resztą karkołomnych solówek z utrzymywaniem rytmicznej struktury utworu to dla szesnastolatka nieco za dużo. Stevie i Christian postanowili, więc przyłączyć w szeregi Blackbird drugiego gitarzystę, klawiszowa oraz basistę, by urozmaicił nieco grę oraz zdjął ciężar całej części instrumentalnej ze Steviego i po części obarczył nim pozostałych. Między czasie w domu Vaughanów wybucha trzęsienie ziemi. Mimo, że ojciec dobrze wiedział, iż atmosfera w bluesowych klubach nie przypomina bynajmniej „Herbatki u Tadka” to nie miał jednak nic przeciwko temu by chłopcy grali na kropelce czegoś procentowego, mając za sobą tancerki Go-go ubrane jedynie w Texański kapelusz,” wszystko jednak w swoich granicach”, jak mawiał do nastoletnich synów , a szczególności starszego, wchodzącego w niebezpieczny okres przed występem. Za mało. Nie zdawać sobie sprawy jak nastoletni chłopak o gorącej głowie komórka w komórka przypominającą przecież ojca hulakę może zagalopować się w swym szaleństwie. Tabletki, zastrzyki, biały proszek, coś rozpuszczonego w wodzie nie ważne tak naprawdę co to było, ważne że Jimmie miał na oścież otwarte wszystkie drzwi do lepszego świata a był on niestety na tyle wspaniale, że opuszczał go coraz rzadziej i na coraz krócej. I mimo, że pastwo Vaughan nie byli rodzicami typu ”dzieci umyjcie rączki przed obiadkiem” to kilkudniowe absencje przecież dopiero 16 letniego chłopaka we własnym nie mogły ujść ich uwadze. Nie potrzebowali też wyspecjalizowanego szpiega by w lokalnych klubach dowiedzieć się o narkotykowych ekscesach tego niesamowitego dzieciaka, który trzeba powiedzieć był już nawet nie tyle gwiazdą muzycznej sceny w Dallas, co zważywszy jego młodzieńczą buźkę i szarmanckie spojrzenie - istnym miejscowym Casanovą. Stało się więc jasne, że po wieczornym ćpaniu wszystkie te noce spędzał u kolejnej nowo zapoznanej dziewuszki. I nawet ojciec nie stroniący przecież od szklaneczki nie mógł znaleźć krzty wyrozumiałości dla swojego syna. Szybko znalazł aktualne miejsce pobytu chłopca, za uszy przywlókł go do domu, po czym spuścił lanie od którego co wrażliwsi kulili by się w pozycji embrionalnej do końca życia, zabraniając wychodzenia z domu- niezbyt wyrafinowanie ale taki właśnie był Pan Vaughan. Jimmiego jednak wszystko zbyt nie ruszyło. Skoro mieszkając z rodziną nie mógł korzystać z pełni życia podszedł za kilka dni do Steviego z kwestią ”Młody, ja się stad zmywam” i jak powiedział, tak uczynił. Państwo Vaughan na długie lata stracili więc kontakt ze swoim starszym synem, co od razu sprawiło, iż Stevie stał się ich jedynym oczkiem w głowie, w dużym stopniu utrudniając jego muzyczny rozwój. Nauczeni doświadczeniami z Jimmiem za wszelką cenę postanowili bowiem wybić chłopcu gitarę z głowy, a co za tym idzie alkohol narkotyki i wszystkie dostępne w Terasie środki zepsucia. By powetować sobie swą porażkę, bo tak nazywali historię ze starszym synem, do 17 roku życia zabronili nawet Steviemu obecności poza domem powyżej 10 wieczorem, a sceptycznie już nastawiony do wszech pojętego artyzmu ojciec dał swe błogosławieństwo rysowniczej kariery swojego syna. Trzeba bowiem powiedzieć , że Stevie pomimo tego, iż do klasowych orłów przeciętnego miejscowego gimnazjum im. L.V Stockart nie należał, to już tam wykazał on wyjątkowe uzdolnienia artystyczne. Za namową rodziców, którzy z kolei byli po słówku z zaniepokojonym odmiennością osobowości i szkolnymi wynikami chłopca nauczycielem, Stevie wziął nawet udział w rysowniczym kursie ,przygotowującym do profilowanego pod tym kierunkiem liceum, ale już pierwsze lekcje uzmysłowiły mu jak nietrafna jest to droga. Owszem bardzo lubił rysować, lecz jego artystyczna dusza nie znosiła gdy ktoś nakazywał mu jak ma wyglądać jego praca. Pyzatym przyjemność jaką niosło mu ślęczenie z ołówkiem nad kartką papieru było niczym w porównaniu do tych magicznych - choć jak do końca karcery uważał Vaughan dalekich od ideału - dźwięków jakie był w stanie wydobyć ze swojego wiosełka. I mimo, że zawsze starał się być grzeczny i posłuszny rodzicom, z czasem zaczął złamywać ich nakazy dotyczące nocnego jammowania. „Podoba im się to czy nie ja i tak będę muzykiem tak jak Albert King”, cały czas kołatało się po głowie 16 latka. „Miałem wybór- mówi w jednym z wywiadów „klepać biedę przykręcając w fabryce śrubki jak mój ojciec czy klepać biedę grając na gitarze”. Dziś każdy już wie, jak słuszną decyzję podjął młody Vaughan. W wieku 16 lat pod ciągła obawą przed furią ojca rzuca szkołę i sam zaczyna zarabiać na życie. Początkowo było jednak ciężko. Choć jego „Blackbirds” mieli gdzie występować, to jako że fach muzyka nie należał do najlepiej opłacanych profesji w Dallas, jego wynagrodzenie pozostawiało wiele do życzenia. Miejscowa publiczność zawsze jednak znalazła kawałek chleba dla człowieka, który sprawiał im swoją muzyka nie lada frajdę, a był dodatkowo bratem słynnego Jimmie Vaughana. Swe skromne zarobki Stevie w przeciwieństwie do brata nie wydawał na środki odurzające a można powiedzieć przyjmował na siebie pokutę za szaleństwa swojego brata. Skutkiem jego miłosnych wojaży z łóżka jednej dziewczyny do drugiej nie mogło być bowiem nic innego jak nowe ludzkie istnienie a Stevie dobrze wiedział, że dziecko nie jest przedmiotem dającym się odłożyć w odstawkę, jak zresztą uczynił Jimmie, zupełnie zapominając o swej jednorazowej cizi. Stevie natomiast nie bał się konfrontacji z prawdą, zaakceptował swojego nowo urodzonego bratanka Tyrone’a i jego matkę….., dotychczasową przyjaciółkę z widzenia i lwią część swych mizernych zarobków przeznaczał na wychowanie małego. Stevie jako człowiek był więc równie wielki w porównaniu z tym jak wielkim był instrumentalistą. Od młodzieńczych lat nikomu nie odmawiał swojej pomocy, nawet kosztem siebie samego. Jego późniejsza wielka kariera obfitowała w liczne gesty na rzecz potrzebującym, zarówno te pieniężne jak i te spoza spraw materialnych. Do często poruszanych przez bliskich gitarzysty opowieści należy zdarzenie kiedy to pewien pacjent tej samej kliniki odwykowej, w której Stevie jeszcze kilkanaście miesięcy temu toczył bój z samym sobą, znalazł się bez niczego magicznego w żyłach w stanie kompletnej depresji, i jak Vaughan widząc ten fatalny stan podczas odwiedzin w szpitalu hojnie przez niego wspomaganym, wziął do ręki gitarę i swymi regularnymi muzycznymi odwiedzinami uratował człowiekowi życie. Jako 16 latek z własnej woli sam odpowiadający za swe wyżycia Stevie oprócz bratanka musiał się jednak martwić również o własną skromną osobę, a niestety gaża na jego kapeli malała z dnia na dzień. Ogólna sytuacja kulturalna w Dallas nie sprzyjała młodemu zespołowi. Z jednej strony obłędny wręcz napływ psychodelicznego grania, z drugiej powrót do łatwych i przyjemnych muzycznych formatów, wszystko to przyczyniło się do tego, iż grupa postanowiła szukać szczęścia w Austin-. Uniwersyteckim mieście gdzie hordy hippisów przychodziły posłuchać i bawić się przy każdej muzyce, niezależnie czy na scenie pojawiłby się „czarny brudas”, młokos w lenonowskich okularkach, czy jak w przypadku Vaughana długowłosy żylasty dzieciak. Dla każdego muzyka chcącego tworzyć coś ponad przesłodzoną papkę z texańskich rozgłośni Austin, zwane San Francisem Texasu było miejscem idealnym. Jak zareagował Stevie na tą znaczącą przeprowadzkę z dala od rodzinnych stron? Był wniebowzięty. Mógł ćwiczyć grę cały dzień, całą noc zaś koncertował po miejscowych klubach , które wreszcie przyjmowały go z otwartymi rękoma. Mógł spędzać czas ze świetnie wyglądającymi laskami, , którym zupełnie nie przeszkadzał jego zniekształcony noc oraz dziecięca nieśmiałość. Rozkładały nogi za każdym razem kiedy tylko Vaughan wydobywał te strun te magiczne dźwięki przyprawiające słuchacza o gęsią skórkę. Żadnych rodziców, dyrektorów nauczycieli na głowie. żadnych obaw, iż jakaś banda dupków zaczai się na niego w ślepym zaułku, bijąc go tylko dlatego, że jest inny. Czego jeszcze może chcieć 17 letni chłopak, szukający nowego życia i artystycznego spełnienia. Niedługo po przybiciu, Stevie zmienia też swoją muzyczną tożsamość jako gitarzysta .Od wczesnego dzieciństwa obaj bracia Vaughanowie prezentowali nieco odmienny styl grania, eksponujący różne wartości. Jimmie od zawsze był w stanie bez większych trudności powtarzać ostre kłujce vibrata w stylu BB Kinga oraz szalone artykulacje spod sztandaru Buddego Guya, Stevie natomiast bił na głowę brata w szybkości grania. Zafascynowany sztuczkami Lonniego Macka i tonem Alberta Kinga, już jako 10 latek potrafił imitować ich styl. Grał Lonniego Macka jak Lonnie Mack i Alberta Kinga jak Albert King, naśladując brzmienie i nadążając z tempem. I właśnie na tych fundamentach Stevie budował swoją grę w okresie dorastania w Dallas. Jednak wraz z upływem lat młodszy Vaughan coraz częściej wspominał swego brata oraz jego podejście do muzyki. Pewnej nocy jeszcze w czasach, kiedy obaj chłopcy tułali się w Dallas od klubu do klubu, po jednym z występów Steviego, obserwujący całe przedstawienie Jimmie, który zawsze zdawał się traktować go jako natrętnego szczeniaka pałętającego się pod nogami podszedł do brata, ucisnął ręce, gratulując występu udzielił Steviemu pouczającej przemowy, której Stevie nigdy nie zapomniał, choć wyciagnięcie z niej wniosków zajęło mu kilka ładnych lat. Tamtej nocy Jimmie prawił o tym, iż w muzyce najważniejsze są emocje- czysta energia płynąca z serca artysty trafiając w serce słuchacza. Że prawdziwych emocji nie da się osiągnąć grając kilkanaście dźwięków na sekundę i że taka gra jest po prostu oszukiwaniem publiczności, która przyszła by posłuchać muzyki, a nie obejrzeć popisy cyrkowców” Taak, Stevie widząc, że tak naprawdę bardzo mało osób docenia jego grę, w sposób jaki by tego chciał, postanawia zmienić co nieco swój warsztat i w wyborze nowej ścieżki rozwoju pomagają mu właśnie rady starszego brata. Pierwszym podstawowym krokiem do zamienienia założeń w czyn okazał się dobór sprzętu. O tym jak bardzo marka oraz rodzaj gitary wpływają na wygląd gry nie trzeba by nikogo z Vaughanem na czele przekonywać. Od lat 50 całe gitarowe środowisko dzieliły miedzy sobą dwie dominujące firmy- Gibson i Fender, jedna kompletną przeciwnością drugiej ..Co ciekawe Stevie będąc zaraz po Hendrixie sztandarowym wręcz przedstawicielem instrumentów spod stajni Leo Fendera przekonał się co do tej marki stosunkowo późno. Jak wspomniałem wyżej, wszystkie okoliczności przyczyniły się do tego, iż Stevie od dzieciństwa obracał w swych rękach Gibsony, choć jak wspomina, zawsze wiedział, że to nie jest” JEGO” typ gitary. Ich silnie zniekształcony dźwięk nie do końca Vaughanowi odpowiadał, a cienkie i bardzo czułe struny oraz wąska szyjka stanowiły tylko ograniczenie dla jego nieprawdopodobnie ogromnych i silnych dłoni. Tak więc po przyjeździe do Austin Stevie zaczyna powoli przyswajać tajniki nowo kupionego w 1973 Fendera Stratrocaster maple-neck z 63, który jednak nie spełnił jego oczekiwań. „Ta gitara od samego początku sprawiała problem moim palcom i za każdym razem kiedy brałem ją do ręki byłem po prostu wściekły”. Efekty tego są natychmiastowe- Vaughan wraca do Gibsonów, a konkretnie do Gibson Barney Kessel hollow-body z którym to już jako gitarzysta Nightcrawlers daje w 1973 koncert w rodzinnym Dallas, gdzie niespodziewanie dokonuje transakcji swego życia. Wiedziony bardziej impulsem niż jakąś przemyślaną decyzją, odwiedza pokaźny sklep muzyczny Heart of Texas Music ….. i z woli opatrzności tam właśnie odnajduje to czego szukał przez tyle lat- prawdziwą miłość- żądze, namiętność, zmysłowość, ukojenie wszystko to w kawałku drewna z sześcioma strunami. „Wszedłem do tego sklepu mając ze sobą mojego starego Strata z 63 i wtedy zobaczyłem innego Strata wiszącego na oknie był obskurny i zniszczony ale dla mnie wyglądał bosko. Po prostu musiałem go mieć, nie zdążyłem go nawet dotknąć ale już wtedy po jego kształcie wiedziałem że brzmi świetnie, i od razu spytałem ile za niego chcą”- wspomina Vaughan. Nowa gitara- rosewood Stratocaster z 59 o legendarnych już przydomkach Number One, czy First Wife…… stała się od tej pory nierozłącznym atrybutem Steviego i choć wiele razy naprawiana, modyfikowana, remontowana “tuningoawna” , Vaughan koncertował I nagrywał z nią, aż do śmierci. Jej gryf idealnie pasujący pod ogromne dłonie artysty, jej budowa, która pozwoliła Steviemu na założenie ultra grubych strun o wymiarach do dziś nie spotykanych nawet w muzyce Jazzowej, zupełnie nie adekwatne do ceny instrumentu drewno z jakiego był wykonany to wszystko dawało Vaughnanowi fantastyczne warunki do pracy nad nowym stylem. Stevie wreszcie mógł w pełni wykorzystać siłę swoich rąk i operować na strunach, które jak mówi Albert Collins, nie raz mający okazje zagrać na Number One kilka nutek „czyniły ten instrument po 10 minutach gry nieosiągalnym dla wszystkich oprócz Steviego” I wcale nie do rzadkości należały sytuacje, kiedy to na koncercie opuszki palców Vaughana były całe we krwi, okaleczone właśnie tymi olbrzymimi strunami, choć ten swoją drogą całkowicie pochłonięty magią dźwięków w ogóle nie zdawał sobie z tego sprawy. Co zatem oprócz tego rodzaju cierpień, przymusu wielkiej wytrwałości dłoni czy nawet jak wynikło z późniejszych badań- fatalnych odkształceń palców Vaughana , dawały artyście te struny? Otóż wszystko z wielką nawiązką wynagradzało ich potężne i muskularne brzmienie, pozwalające Steviemu artykułować dźwięki tak jak radził mu brat. Od tamtej chwili jedno vibrato, jedno podciągnięcie, znaczyło 100 razy tyle co kilkanaście szybkich widowiskowych nutek, granych przez wszystkich innych gitarzystów na świecie. Nie znaczy to jednak wcale, iż sprawność techniczna palców Vaughana poszła w odstawkę. Przez kolejne 10 lal Stevie pracował nad połączeniem w jedność wszystkich możliwych aspektów gry na elektrycznej gitarze, co zważywszy na konfigurację „Pierwszej Żony” dla wszystkich wydawało by się niemożliwe, dla Steviego zaś stanowiło wyznacznik jego muzycznej osobowości. A jak się potem okazało owocem owej pracy był jego obejmujący nie zliczenie wiele płaszczyzn jeden z najbardziej rozpoznawalnych stylów w historii rock&rolla, jako jedyny dający się z pełną odpowiedzialnością porównywać z twórczością Hendrixa. Na razie jednak Stevie nie jest muzyczną ikoną swej epoki a 20 letnim dzieciakiem, który nie dba nawet o swą reputacje jako artysta i nie wybiega myślami w przyszłość, planując co zrobić ze swym talentem. W Austin cała osobowość Vaughana ulega znaczącej metamorfozie. Nie był już cichym nieśmiałym nastolatkiem, bojącym się własnego cienia. Tu nikt nie śmiał się z jego wyglądu, nie bito go za długie włosy i „wkurzający nosowy glos”, Gdy powiedział, że gra na gitarze nie patrzono na niego jak na dziwaka ale prosili go by zagrał. Tu wszyscy nosili kwiaty we włosach i zbiegiem czasu Stevie stał się stereotypowym wręcz wyznawcą trzech głównych wartości tamtej epoki – muzyki, seksu i narkotyków. Kilka koncertów z Blackbird przyniosło mu miano jednego z najbardziej obiecujących gitarzystów z Austin, mimo iż byl nawet za młody by kupić piwo w klubowym barku. Koledzy z zespołu do dziś pamiętają jak podczas drugiego z dwóch dziewięćdziesięciu- minutowych setach wykonując Claptonowską wersję Crossroads „smarkacz zagrał tak jakby cały 6-ścio osobowy zespół był tylko statystami do jego przedstawienia. „Nigdy nie wspiął się wyżej niż wtedy” twierdzi Cutter, były kolega z zespołu. „Nabrał po prostu więcej intensywności, cokolwiek miało by to znaczyć” W tamtych czasach jednak Steviego nie bardzo obchodziło jak inni odbierają jego grę. Kilka dolarów, które udało mu się zarobić wydawał na alkohol i narkotyki, lub od święta upgrade swojego sprzętu, wolny czas spędzał na z dziewczynami a grał bo po prostu to kochał. Nie myślał na razie o wypłynięciu na głębsze wody, …. żył chwilą , co nie znaczy jednak, że nie przestawał pracował nad doskonaleniem gry. Kontakt z rzeszami wszelkiego rodzaju gitarzystów w Ausin, oraz przybycie do miasta jego brata stały się dodatkowym kopem do ćwiczeń. Austin było również miejscem, gdzie wreszcie mógł regularnie widywać swoich idoli na żywo. Muddy Walters, BB King, Buddy Guy, wszyscy ci których pozdzierane od słuchania płyty w nieskończoność kręciły się na adapterze kilkunastoletniego Steviego, odwiedzali lokalne kluby przynajmniej kilka razy do roku, a każda z wizyt była okazją okazjom do choć jednego krótkiego Jammu, które Vaughan traktował jak mentorskie nauki dalei lammy. Miejscowa scena też obfitowała w inspiracje dla młodego gitarzysty. Wówczas na deskach Austin niepodzielnie królował jedyny w swoim rodzaju albinos- Johny Winter, o muzyce, jak mówi Vaughan najbardziej czarnej z wszystkich białych. Lokalne mury do dziś brzmią echem pamiętnego koncertu w Black Rose kiedy to supportujący Muddy Watersa Winter dał występ, którym zupełnie przyćmił legendą Chicagowskiego bluesa i jak się potem okazał stanowił pierwszy krok do jego późniejszej wielkiej kariery i współpracy z samym Watersem.. To czym Winter najbardziej imponował Steviemu była jego muzyczna wszechstronność. Mając za sobą tylko dwuosobową sekcją rytmiczną, w skład której wchodził zresztą Tommy Shannon aka „Slut”, późniejszy basista Vaughanowskiego Double Trouble potrafil poprowadzić swoją grę tak, że po dwugodzinnym występie publiczność domagała się jeszcze kilku bisów. Vaughan zawsze podkreślał, iż sztukę utrzymywania melodycznej i rytmicznej struktury utworu, jako jedna osoba opanował właśnie dzięki podglądaniu Wintera. To on po raz pierwszy popchnął też Steviego do ćwiczenia śpiewu w wolnych chwilach, mimo iż funkcja wokalisty oficjalnie przypadła mu prawie dekadę później.
Po kilku udanych koncertach Blackbirds rozpadają się. Mimo, iż Christian Pilque i Stevie od zawsze byli i pozostali świetnymi przyjaciółmi to z dnia na dzień ich współpraca na scenie pogarszała się. Kapela stała się kolejną ofiarą przetartego schematu, gdzie 2 muzyczne osobistości mimowolnie zaczynają walczyć o prym, a owocem tej sprzeczki nigdy nic dobrego. Christian zmęczony życiem o konstrukcji – ćpanie-koncert-ćpanie-dziewczyny-sen-ćpanie-koncert itd. udaje się do Francji, a potem do Finlandii, gdzie zyskuje sławę jako śpiewak gospel. Reszta zespołu postanawia, więc zerwać współpracę Zważywszy na to, że kapele w Austin nigdy nie były nierozerwalnym kolektywem nikt z nich nie miał problemu ze znalezieniem sobie nowej posady. Stevie za namową Cuttera trafia do Krackerjack- bardziej heavy metalowej grupy, grającej jednak wedle rockandrollowej konstrukcji I-VI-…, gdzie ku swojemu pozytywnemu zaskoczeniu spotyka była ekipę Wintera- Tommego Shannona i Unckle Tunera aka Unk, wyrzuconych za narkotykowe ekscesy podczas europejskiego tourne. Vaughan zabawił jednak w Krakerjack niewiele ponad miesiąc, choć ten czas zważywszy na hardrockowe skłonności grupy i tak był dla Steviego zdecydowanie za długi. Odchodzi w momencie, kiedy Tuner- jedynie perspektywicznie myślący w zespole przekonuje resztę do zmiany wizerunku grupy na wymakijażowane glamrockowe clowny, co było wówczas bardzo trendy i miało obsypać ich złotem. Misterny plan spalił jednak na panewce. Nie minęły dwa tygodnie a policja zatrzymała szalejących chłopców pod wpływem niedozwolonych środków, co znalazło z resztą swój finał w sądzie. Dwóch członków zespołu w tym Shannon poszło siedzieć na 2 lata i to by było na tyle jeśli chodzi o Krackerjack. Stevie więc nie musiał żałować swojej decyzji i nie za bardzo zawracał sobie głowę byłą kapelą. Oto bowiem wreszcie nadarza się szansa, by dołączyć do poważnego zespołu, którego założyciel ma już na koncie 3 studyjne płyty.
Gość
 

Postautor: Stanley-1 » września 21, 2005, 6:51 pm

..tyle ciekawych rzeczy piszecie i pięknie się to czyta ja doszedłem do jego płyt przez znajomego który grał z Siuksem zakochanym w muzyce Steva
po kolejnej porażce z basista który nie wydalał z nim, namówił swoją zonę by zaczęła grać na basie ..pamiętam pierwszy koncert gdy po operacji nie mogła ustać na scenie z gitara basową siedziała na krześle grając ...pojechała do Niemiec by zarobić na sprzęt obsługiwać chora staruszkę zabrała z sobą gitarę basowa i mały piecyk...myślę że potęga muzyki Steva jest niesamowita ...
...szczęście to jedyna rzecz, która się mnoży, gdy się nim dzielisz...
.
Awatar użytkownika
Stanley-1
bluespatronize
bluespatronize
 
Posty: 7617
Rejestracja: marca 13, 2005, 10:13 pm
Lokalizacja: Glogówek

Postautor: Gość » września 21, 2005, 11:23 pm

a ja tą drugą przypadkowo skasowałem :), ale pisząc tekst pierwotnie w moim magicznym notatniku podczas dluugiego wakacyjnego tygodnia na polskiej prowincji, zachowałem zapiski i może skleję je w najbliższym czasie na nowo. Na razie się nie zanosiło, bo jakiegoś wielkiego odzewu w topicu nie było, ale teraz....
Pawela
Gość
 

Postautor: Gość » września 24, 2005, 10:58 am

Mark Benno wokalisto-gitarzysta z Texasu, mający już na koncie współprace m.in z The Doors chełpił się nie lada renomą w mieście aniołów.W końcu jednak znudzony statusem plastikowej gwiazdy o pięknym łagodnym głosie i szarmanckim outficie postanawia wrócić do korzeni i nagrał coś ostrzejszego. A tym czego najbardziej potrzebuje okazuje się brzmieniem silnie zniekształconych gitar, zachowujących jednoczenie ducha rdzennego Texasu.. Jego czerwone Porshe pofrunęło więc do Austin- największego bluesowego bastionu w tym stanie, by zwabione pięknie mieniącymi się neonami o piorunującym haśle „Texas Storm” zatrzymać się przy szacownym klubie End of Cole. A występował tam nie kto inny niż „high powered, high volume” Jimmie Vaughan, słowem- uosobienie tego czego właśnie szukał Benno . Jimmie jednak zadowolony ze swej dotychczasowej pozycji w legendarnych już Fabulous ThunderBirds odmówił hollywoodzkiej gwieździe, ale to z jego ust padło najważniejsze słowo tamtego spotkania- imię jego młodszego brata, zagadkowo brzmiące Stevie Ray. Nie minęło więc kilkanaście godzin, a Porshe zawitało pod pakamerą młodszego Vaughana i wszystko wskazywało na to, że jego właściciel wreszcie okaże się przełomową postacią w muzycznej karierze młodziutkiego Steviego
Czy rzeczywiście tak się stało? Stevie w każdym razie nie miał wątpliwości, że przyszłość przyniesie odpowiedź twierdzącą.. A zważając na fakt, iż karta jego losu ponownie wypełni się epizodem z od dawna idolizowanym Doylem Brahmallem z dawnej kapeli Jimmiego, również zaangażowanego przez Marka Benno, był wniebowzięty. Co jeszcze, wkrótce powstały projekt ochrzczony Mark Benno&NightCrawlers zrzeszał w swoje szeregi jeszcze innych starych znajomych z Chessmen. Muzyką w których nie więcej niż 2 lata temu Stevie z pełnymi od podziwu oczami podglądał nawet podczas najmniej atrakcyjnych garażowych prób. Byli na scenie prawie równi jego bratu, a teraz on stał się równy im.
Oprócz świetnego składu grupa miała równie świetne warunki do pracy. Wytwórnia AGM z którą Benno już wcześniej uzgodnił wstępne warunki płytowego kontraktu całkowicie finansowała rozgrzewkową trasą oraz zapewniła jej uwiecznienie na taśmę, by grupa mogła wstępnie przeanalizować i wyciągnąć wnioski ze swych dotychczasowych dokonań. Oczywiście do rąk muzyków trafiła również bezpośrednio pokaźna sumka pieniędzy. Stevie wreszcie mógł sobie kupić paczkę papierosów lub butelkę alkoholu nie bacząc na jej markę oraz rozmiar. Nie musiał martwić się o jutro a jedynym jego „obowiązkiem” było ulepienie do kupy kilka gitarowych kawałków, co kochał przecież całym sercem. Po wstępnej trasie grupa wreszcie udaje się do Hollywood, gdzie czekała na nich sesja nagraniowa. Miasto zepsucia i rozpusty nie może jednak na nikim nie odcisnąć swojego demonicznego piętna, to też wszyscy członkowie grupy ulegają jego pokusom„Trzeba powiedzieć, że odbiła nam wtedy palma, Myśleliśmy, że jesteśmy gwiazdami, robiliśmy wszystko to czego nie robili Stonesi póki nie patrzył nikt z zewnątrz” śmieje się Doyle Brahmall. Steviemu początkowo jednak nie udzielała się ta sielankowo imprezowa atmosferka, a wręcz przeciwnie był spięty i zawzięty do pracy jak nigdy dotychczas. . Od szanowanego studiowca Marka Ansleya picującego już wypociny Erica Claptona, czy Steviego Wondera otrzymał kilka praktycznych rad z załączonym białym Stratocasterem, który do śmierci artysty okupował zresztą swe miejsce w kolekcji jego wioseł , by uczynić grę czytelniejszą, bardziej ,studyjną i oddać się zagłębianiem tajników nowej gitary. Lecz nawet Stevie widząc jak namiętnie przesłodzony hollywoodzkim pitu pitu kwiat Kalifornijskich dziewcząt reaguje na brzmienie prosto z Texasu, nie mógł nie skorzystać z okazji. Poza tym cała nowo poznana tamtejsza bluesowa elita z najlepszą wczesną sekcją rytmiczną i Janem Kelnerem i Lees Sklarem,,, na czele, wszyscy byli jakby każdy kolejny dzień miałby był ich ostatnim. Na efekty nieróbstwa nie trzeba było długo czekać. Po 2 tygodniach pracy w studiu kiedy grupa czekała aż producenci obsypią ich kwiatami doświadczyli niemiłej niespodzianki. Zza progu wielkich zakazanych drzwi szefostwa nie wyłoniła się bowiem uśmiechnięta twarz grubej ryby przemysłu muzycznego, a zmarnowane oblicze Marka Benno z przyklapniętymi uszkami. Okazało się, iż mimo że grupa ze Steviem na czele starała się nadać albumowi słodszego, studyjnego brzmienia to dla szefa AGM okazało się ono za brudne i za szorstkie. „Ale przecież od początku było wiadome, że nagramy bluesa rodem z Texasu” tłumaczył się zrozpaczony Benno. Czcze gadanie, szycha pozostała nie wzruszona- materiał nie ujrzy świata dziennego. A jako ,że Benno był mimo wszystko personą grubymi głoskami zapisaną w muzycznych kronikach Hollywoodu cala wina spadła na NighCrawlersów. Oni wylądowali na zbity pysk, natomiast Benno kilkanaście miesięcy później mając u boku Claptona odświeża część owego materiału dodając coś od siebie, czego rezultatem okazał się świetnie przyjęty album „Lost in Austin”, który jednak z Texańskim bluesem miał nie wiele wspólnego.

Nighcrawlersi się rozsypali. Stevie załamany i zdrowo wkurzony wrócił do Austin by dzielić mieszkanie z jego niechlubnym siostrzeńcem oraz jego matką. Na pół roku odłożył nawet gitarę a jedynym zajęciem stało się niańczenie Tytorona co jednak, jak mówił czynił ze szczerą miłościom i stanowi miłe wspomnienie. Samotna matka nie była jednak w stanie zaspokoić dwóch wygłodniałych brzuchów i tak Stevie bardziej z przymusu niż z chęci jeszcze raz szuka szczęścia za sześcioma strunami. Wspólnie z Daylem reaktywują Nightcrawlersów zastępując starych muzyków nowymi i tak zagrzewają swe miejsce w prestiżowym klubie One Knife. Nie byli tam jednak głównym punktem każdego tygodnia, Ba nie byli nawet gwoździami wieczoru w którym występowali. Szybko okazało się , iż smutny zawodzący jęk Brahmalla być może spotęgowany niepowodzeniami w „fabryce snów” zupełnie nie pasuje do wymaganych jump-blueswoych standardów Little Watersa, a nowo przyjęci członkowie średnio wywiązują się z nowo powierzonych ról. Był tam tylko ten chuderlawy mizernie wyglądający dzieciak, który o lata świetlne odstawał od reszty. „A niech mnie ,kim jest ten mały”, pytali się bluesowi maniacy stopniowo gromadzący się w klubie w oczekiwaniu na gwiazdę wieczoru. „To mały Stevie Vaughan , brat Jimmiego”, odpowiadał stały bywalec knajpy, ze standardowym Texańskim kapeluszem i długiej brodzie całej umoczonej w piwnej pianie „Kiedyś będzie sławny człowieku, być może nawet przerośnie brata”
Na razie jednak mało kto w to wierzył. A w szczególności wątpili w Steviego jego koledzy z zespołu, którzy dostawali szału kiedy mały po raz n-ty z tą idiotyczną pasją sam z siebie wchodził w otwierający riff „Supersticious” Steviego Wondera, czy „Voodoo Chile” Jimmiego Hendrixa, notabene utwory za 10 lat stanowiące wizytówkę Vaughana. W końcu by wydać się jeszcze bardziej efektowniejszy i bardziej spektakularny i po prostu zwrócić na siebie jeszcze większą uwagę innych Stevie postanawia zmienić swój image i jak każdy bluesman z prawdziwego zdarzenia decyduje się na tatuaż . Dziwnie jednak wszystko trzeba powiedzieć wymyślił, tatuaż, choć dobrze widoczny spod rozpiętej koszuli artysty z pewnością nie prezentował się tak majestatycznie a rodzący się z popiołu feniks, bo to przedstawiało malowidło do najoryginalniejszych nie należał. Dodając jeszcze do tego bolesną operację Stevie zdecydowanie stwierdził, że był to jego pierwszy i ostatni tatuaż, co nie znaczy wcale, że na tym skończyły się eksperymenty. Kolejna obrana droga była o wiele ciekawsza i zupełnie nie spotykana w środowisku. Stevie dostał bowiem prawdziwego fioła na punkcie biżuterii., która z początku nieśmiałej chęci zmiany wizerunku stała się prawdziwą pasją na całe życie. Pierścienie, bransolety, kolczyki, naszyjniki wszystko to stanowiło cząstkę Steciego ray Vaughana z kolorowych gazet tamtej epoki. I.może to pomogło, może nie miało żadnego znaczenia, ale faktem jest ,że kiedy to pewnej nocy na parkingu One Knife zawitała limuzyna, której właścicielem okazał się Bill Ham z Z.Z Top, bawiący się w producenta- łowcę talentów, Stevie od razu wpadł mu w oko. Najął Nightcrawlersów jako suport do swojego zespołu, wyposażył w nowe wzmacniacze , jakich używali Z.Z Top, każąc zniekształcić brzmienie i podkręcić je na maxa, podarować profesjonalną tourową ciężarówkę i co tu dużo mówić zainwestował w nich 11 000 dolarów. Los znowu jednak rozdał trefne karty. Może gdyby Steviemu towarzyszyli wtedy lepsi muzycy, efekt całego przedsięwzięcia byłby nieco inny. Może gdyby silnie przesterowane wzmacniacze lepiej współbrzmiały z instrumentami Nighcrawlesów Vaughan świętował by swój triumf. Może gdyby miał bardziej hardrockowe zapędy pod stylistykę Z.Z Top, Bill Ham wzniósł by go na ręce. Można tak sobie gdybać, nic jednak nie zmieniło decyzji jego decyzji. Błyskawicznie się rozmyśliwszy ,sięgając po świeżo znalezionego w pełni już ukształtowanego rockandrollowego wyjadacza Erica Johnsona, dziś znanego z zupełnie innej strony, Ham kazał Nighcrawlersom oddać ciężarówkę, wzmacniacze, oraz 9000 wstępnej gaży i grzecznie zabierać tyłeczki z jego drogi. Tak więc w ów tyłeczek Stevie znów zarobił od życia porządnego kopa i koniec roku 74 okazał się wielkim rozczarowaniem. Niepowodzenia, całkiem słusznie z resztą w większej mierze zwalał na członków zespołu, poddając krytyce nawet samego Doyle Bramhalla.
To czego wówczas najbardziej potrzebował by ponownie nabrać sił, była zmiana otoczenia. Szukał zespołu pełnego werwy o większych aspiracjach. Ludzi którzy potrafili by zrozumieć i może nawet podzielić tę szaleńczą pasję młodego Vaughana. Kogoś kto widząc jego twarz powykrzywianą we wszystkie strony grymasami oznaczającymi wejście w muzyczny trans, nie przerywało by mu z idiotycznymi tekstami ”Dobra mały wystarczy” A powiedzieć trzeba, iż w Texasie ,pracującym stanie, gdzie w duszy każdego mieszkańca zakorzenione jest ciężkie stąpanie po ziemi, osób potrafiących poznać się na niezwykle osobliwym talencie Steviego nie było wielu. I nawet sam Vaughan przyjęty do nowozapoznanej kapeli Cobras nie łudził się, że tam znajdzie kogoś takiego. Tym bardziej iż zespół dysponował już świetnym gitarzystą Dany Freemanaem i jego członkowie przecierali oczy ze zdumienia kiedy lider grupy przyprowadził jakiegoś obładowanego błyskotkami dzieciaka, że on niby ma z nimi grać. Paul Ray jednak dobrze wiedział co robi. Wszelkie pomruki niezadowolenia zbywał pięknymi sentencjami w stylu „My wszyscy bluesmani musimy trzymać się razem, co w miało jednak sens, zważywszy na fakt dwóch nowo wybudowanych multi parków rozrywki, niebezpieczną konkurencję dla bluesowych klubów. Paul zdawał sobie sprawę potencjału tkwiącego w mizernym ciałku Vaughana. Zrodził mu się pomysł, żeby dotychczasowy gitarzysta Dany Freeman usiadł za klawiszami bo swojego czasu występował w takiej roli i by to właśnie Stevie grał pierwsze skrzypce. Ostatecznie zdecydował się jednak na 2 gitarzystów.
Grupa świetnie przyjęła Steviego a najlepszy kontakt nawiązał on o dziwo z potencjalnym rywalem- Freemanen co zaowocowało praktycznymi i przydatnymi dla wiecznie rozwijającego się stylu Vaughana radami doświadczonego kolegi. A jak wyglądała u Cobras sama muzyka? Grali typowo klubowo tak by ich Groove nie pozwolił kołyszącym przestać się kołysać, pijającym pić czy gadającym prowadzić konwersacji, czyli generalnie ograniczało dziką ekspresje i gitarowe szaleństwa, czego z początku domagał się Stevie. Vaughan musiał też zrezygnować ze swoich ekstrawaganckich kreacji kosztem solidnego garnituru, co było jednak jak najbardziej wskazane by zawrzeć znajomość z eleganckimi uperfumowanymi paniusiami goszczącymi w klubie, co wyznaczało nowy trend w muzycznym Austin. I mimo, iż Cobras nie byli odzwierciedleniem Vaughanowskich marzeń o wielkim gitarowym misterium to z pewnością nie miał powodów do narzekań, tym bardziej, iż przez ten czas jego warsztat gitarowy wzbogacił się o kilka zagrywek z szerszego kręgu. Delikatny, jazzujący styl Freemana czerpiący z Kenna Barrella i Wesa Montgomerego otworzył przed Steviem nowe ścieżki rozwoju. Jego kolega z zespołu nauczył go przede wszystkim kilka złożonych, acz chwytliwych akordów do których Vaughan nie przykładał dotychczas zbytniej uwagi oraz prawdziwego jazzowe feelingu, a owoce tych nauk można usłyszeć na jego późniejszych Lpkach. Jak mówi sam artysta takie perełki jak „Stang Swang” czy „Rivera Paradise” to w dużej mierze zasługa właśnie Dannego Freemana. Także po 2 miesiącach w Cobras Stevie jest muzykiem pełniejszym o szerszej palecie zagrywek. Na tym nie kończą się jednak zmiany jego muzycznego wizerunku. To właśnie wtedy Stevie zaczyna publicznie śpiewać i mimo, iż jego glos nie wystrzegał się braków technicznych, a nosowy wydźwięk brzmiał co najmniej dziwnie, niektórych wprawiając nawet w stan irytacji, to z pewnością miał on to coś. Coś co, później musieli uznać wszyscy, nawet muzyczni krytycy i znawcy wokalnego rzemiosła twierdzący swojego czasu, że śpiewem Vaughan nigdy nie dorówna czarnym bluesmanom z przeszłości. Wokal Steviego miał jednak power, i kiedy przychodził czas na soul bluesowe standardy jak choćby „Texas Flood” , gdzie nie brakuje miejsca na różnego rodzaju ekspresje, wszelkie –chrypki, gwałtowne zmiany tonu, to nikt na sali nie pozostawał nie wzruszony. Na tamtą chwilę jego śpiewane partie ograniczały się praktycznie tylko do zadziornego „Thundirbird” Nighcapsów, które pewnie dlatego, iż stanowiło ulubiony utwór dzieciństwa Steviego, Vaughan śpiewał z niemniejszym ładunkiem emocjonalnym, niż dotychczasowe najbardziej uduchowione solówki. I nawet glos charyzmatycznego lidera zespołu nie był w stanie dostroić się do kawałka z taką mocą.
Okres w Cobras był również czasem zmian na tle emocjonalnym. Jego zakres odpowiedzialności jak i można powiedzieć hierarchia wartości, na którą składały się : gitara, wzmacniacz, komplet zapasowych strun, komplet kostek, coś na ząb no i trochę białego proszku, żeby nie było nudno, został wywrócony do góry nogami kiedy to pewnego wieczornego występu napotkał spojrzenie pary pięknych głębokich oczu, należących jak wspomina Vaughan do jego pierwszej prawdziwej miłości Lindi Bethel. Od tamtego spotkania wszelkie problemy z pieniędzmi, czy brakiem możliwości nagrania swego materiału zeszły na drugi plan. Stevie poświęcał swej ukochanej nawet czas, który normalnie powinien przeznaczyć na gitarowe ćwiczenia. Ich miłość była jak z filmu, spędzali ze sobą dnie i noce nie widząc Bożego świata poza sobą. Dla Lindi Stevie gotów był nawet rzucić ćpanie, lecz co za tym idzie znaczną część swego muzycznego żywiołu i to rockandroll jak to bywa w przetartym już schemacie związków ekscentrycznych artystów poddał ich miłość ciężkiej próbie, próbie której niestety nie przetrwała. Dziwnie to brzmi, ale na szczęście dla całej dobrej muzyki z lat 80 narkotyki i dobra gra była na tamten czas dla Steviego rzeczami, które wzajemnie się zaprzeczały i właśnie kiedy to jego związek rozkwitł w najlepsze Vaughan dostaje ambicjonalnego kopa. Nagle z obozu swojego brata poszła fama ,że jego legendarni już Fabulus Thunderbirds udają się na wielką trasę koncertową po całych Stanach i Kanadzie i wnet dochodzi do Steviego, że jego miejsce nie powinno się znajdować w plastikowym klubiku, pomiędzy ramionami grzecznej dziewczynki, a nie w pełnej muzyczno- narkotycznych doznań trasie u boku prawdziwych artystów. Pora więc by dodać swej muzyce nieco furii. Nie przeszkodził mu w tym z pewnością fakt, iż gardło Raya, wokalisty zespołu okazało się być pokryte jakąś paskudną naroślą, która uniemożliwiała mu dalsze śpiewanie. Stevie więc przez 2 miesiące pełni dodatkowo funkcje wokalisty i stanowi pełnego lidera grupy. Odchodzi trzeba powiedzieć w dziwnym momencie. Zaraz po tym, kiedy to Austin Chronicles uznaje Cobras grupą roku swego miasta, a nikt nie miał wątpliwości ,że tytuł ten nie był zasługą słodziutkiego Paula Raya, dostojnego Dannego Freemana, tylko tego niesamowitego dzieciaka, który walił w struny „just like a ringing of bell”
Co się jednak stało to się nie odstanie. Wówczas wszystkie drogi na wielkiego bluesa prowadziły bez wątpienia do nowo założonego klubu „Mr Antone” prowadzonego przez świetnie zapowiadającego się muzyka o nazwisku zawartym zresztą w nazwie lokale. Czego nie zrobił jako artysta, Pan Antone z pewnością dokonał jako człowiek interesu. Bowiem od daty założenia w 75 do klubu regularnie witały wielkie nazwiska. Z lokalnej sceny nie mogło zabraknąć Jimmiego Vaughana, Angeli Strehli czy jeszcze do niedawna miejscowego Johnego Wintera i same te 3 nazwiska robiły na piorunujące wrażenie. Ale to jeszcze nie wszystko, cała elita z Chicago- Muddy Walters, Jimm Rogers, Jimmie Reed, Hubert Sumlin i wielu wielu innych, wszyscy przyjeżdżali do klubu po kilka razy w roku. To też Steviego oczywiście nie mogło tam zabraknąć. Wreszcie miał możliwość sprawdzenia się ramię w ramię ze swoimi idolami, zobaczyć czy dotrzymuje im kroku i ile mu jeszcze brakuje do szczytu. Szybko też okazało się, kto tak naprawdę musi komu dotrzymywać kroku. I nawet gitarowy maratończyk Otis Rush musiał rozczarować Steviego po nocnym Jamie słowami „Nie stary ja już nie nadążam”.
Vaughan był dumny z pochwał jakich mu wszyscy nie szczędzili i wreszcie zaczął czuć się pewnie w towarzystwie tych wielkich. Przyszedł jednak dzień kiedy to znów w jednym momencie jego ciało zalało się potem, a nogi przybrały konsystencję galarety. Tak oto kiedy przychodząc z braku laku do zaprzyjaźnionego już barmana by przekąsić małe co nieco, nagle stanął jak wryty. Za jednym z klubowych stolików tyłem do wszystkich siedziała znajomo wyglądająca sylwetka . Między jej zębami sterczała fajeczka produkująca kłębki dymu a zza pleców wyłaniał się ten kształt nie dający pomylić się z niczym innym- Gibson Flying V, którego właścicielem był oczywiście idol Vaughana, na piedestale równy Hendrixowi i Jimmiemu, -Albert King. Co to dużo mówić by dowiedzieć się jak wyglądało to spotkanie oraz choć po części skosztować jego owoców należy sięgnąć po niesamowity krążek z 83 Albert King & SRV in Session ale sadzę, że u każdego miłośnika bluesa płytka ta jest pozdzierana jak żadna inna.
W Mr. Antone Stevie też wreszcie odnajduje bratnią duszę, bratnią zarówno jeśli chodzi o muzyczne poglądy jak i wrodzony pociąg ku niedozwolonym środkom. Charyzmatyczna, bardziej soulowa niż bluesowa wokalistka Lou Ann Barton, bo o niej mowa stała się dla Steviego nie tylko świetną kumpelką od ćpania i szybkich numerków, ale też osobą która w pełni rozumiała na czym polega Vaughanowski fenomen. Akceptowała jego szaleńcze podejście do bluesa, pełne scenicznej ekspresji i gitarowych ewolucji w stylu Hendrixa. Rzeczy na które przeciętny texański zjadacz chleba pukał by się w czoło a ciągle zmieniający się koledzy z kapeli znający skromnego nieśmiałego mruka nie potrafili po prosty pojąć i przyjąć do zrozumienia, że ten dzieciak jest kimś ponad. I tak okazało się, że przez kolejne 7 lat!!!!, które spędził z nowo założoną kapelą Triple Threat z czasem ewolucjom w Double Trouble w składzie: Vaughan, Lou BArton, saksofonista John Rumore oraz późniejsza Vaughanowska sekcja rytmiczna Chris Layton i Tommy Shannon NIC nie zmieniło wizerunku Vaughana jako nieźle grającego braciszka słynnego Jimmiego.
Stracone szanse z Markiem Benno i Billem Hamem stopniowo zmieniały się więc w rzeczy, za które Stevie będzie pluł sobie w brodę do końca życia. Owszem brak profesjonalnego kontraktu w wieku 29 lat to przecież da bluesmana nic tragicznego, ale najbliżej otoczenie coraz bardziej przyjmowało do świadomości, że to nie jest jakiś tam zwykły grajek a ktoś który swą gitarą potrafi burzyć mury, wyzwalać ładunki nie odpartej energii tak jak to czynił kiedyś Hendrix. Z dzisiejszej perspektywy dla kogoś nie miał okazji obserwować jego wczesnych swawolnych występów trudno jest ocenić dlaczego Vaughan przez te kilkanaście lat pozostawał cieniem innych texańskich bluesmanów. Na pewno dużą rolę odegrała w tym jego niemiłość, z którą Vaughan mimo, że maskował ją porcjami narkotyków, nie zawsze mógł sobie poradzić, to też miały miejsce występy, gdzie Stevie się po prostu „spalał”. Texańska scena również stawiała przed artystami swe okrutne wymogi. Liderować grupie nie miał prawa wstydliwy wymoczek, ledwo wyglądający na 16 lat, nie będący bynajmniej oazą piękna., a Stevie niestety na swój wygląd i osobowość wpływu nie miał. Możemy również wysunąć wniosek, iż w nie takim jakim by tego oczekiwał odbiorze jego gry odznaczyła swe piętno ta furia, szaleńcza pasja z jaką podchodził do muzyki. I tak naprawdę dla nie wielu osób były czytelne jego kilkunastu minutowe improwizacje, którym przez cały czas towarzyszyła cyrkowa wręcz mimika, co w zestawieniu dziecięcą twarzą i kartoflanym nosem wywoływało w widzach bardziej lekki uśmiech aniżeli czysty zachwyt. I mimo, że w później udzielanych wywiadach każdy muzyk mający styczność ze Steviem podkreślał podziw jakim napełniać go ten niesamowity dzieciak to nie zawsze musiało tak był naprawdę i pewnym jest, że za swoje „muzyczne wybryki” nie raz solidnie obrywał od kolegów z zespołu. Trzeba też powiedzieć, że miejscowej scenie jeden Vaughan z pewnością wystarczył a nikt nie miał wątpliwości ,że tym jednym będzie starszy z braci. Na pewno wszystkich odstraszała też ilość kokainy jaką w siebie ładował Stevie ,co nie czyniło go w oczach innych najpewniejszym artystą. W każdym razie na jego miejsce była jeszcze kilku innych bardziej zrównoważonych, wiedzących co zrobić ze swym talentem.
Dalsza wyliczanka jest już zbędną, gdyż los nagle otwiera przez Steviem kolejną szansę, której nie może zaprzepaścić. Oto menadżer Cutter Brandenburg informuje o propozycji występu na festiwalu w szwajcarskim mieście Montreaux na co Double Trouble w składzie już Vaughan Layton i Shannon rzuca wszystkie planowane projekty i udaje się do Szwajcarii, jakby miała podbić cały świat. I Nie było by w tym nic niezwykłego, gdyby przez następne ponad 20 lat, każdy recenzujący tamto wydarzenie, określałby je mianem „Wejścia Smoka, opisując jak to nikomu nie znany „gitarzysta z Texasasu powalił na kolana kilkutysięczną szwajcarską publiczność. Faktem jednak jest to ,iż wszystko miało się nieco inaczej. Grupa, zdając sobie sprawę z wagi występu, oraz możliwości jakie niosło by ze sobą dobre zaprezentowanie się przed wszystkimi zgromadzonymi na Sali, dała, trzeba powiedzieć, najdziwniejszy koncert w życiu, którego nie sposób jednoznacznie ocenić. Stevie wyszedłł na scenę zupełnie inny od tego jakim zdążyła go zapamiętać teksańska publiczność oraz od tego jaki był na późniejszych koncertach. Naprawdę, ciężko jest dobrać epitety określające osobę Vaughana z tamtej nocy lecz na pewno można było odczuć brak tego luzu i spontaniczności, czym zawsze zjednywał sobie widownie. Zagrał tak jakby od tego występu zależało całe jego życie. Kowbojskie buty, luźna na wpół rozpięta koszula wyraźnie eksponująca zloty łańcuch a pod nim rozciągający się na całą klatę tatuaż, ekstrawagancki kapelusz, elvisowskie baczki, w ustach dogasający papieros, słowem na scenie pojawił się prawdziwy teksański twardziel. Publiczność jednak nie była na to przygotowana. „To była bardzo bardzo spokojna noc”- mówi potem Chris Lyton,” Kapele grającą przed nami ledwo dało się słyszeć, ktoś smucił coś na klasycznej gitarze, ktoś brzdąkał na kontrabasie i nagle wchodzimy my, z maksymalnie podkręconymi wzmacniaczami, grając „Hideaway” Freddiego Kinga. Widownia mogła poczuć się lekko zmieszana” A powiedzieć trzeba, iż swoje zmieszanie wyraziła, aż nader sugestywnie. Każdy bowiem grany przez Steviego utwór nagradzano solidną porcję gwizdów. Oczywiście byli na Sali i tacy, którzy dobrze się bawili, lecz ich ekspresyjne tańce wyglądały raczej komicznie w akompaniamencie buczących jak krowy miejscowych zgredów. A koncert sam w sobie, mimo iż do najlepszych w karierze muzyków nie należał, to z pewnością nie zasługiwał też na tak ostrą krytykę ze strony widowni. Późniejsze wielkie przeboje Vaughana jak „Pride and Joy”, czy „Rude Mood” choć zagrane dość sztywno i drętwo, zdecydowanie miały prawo się podobać, szczególnie jeśli doda się do tego niezwykle ostre i surowe brzmienie gitary Steviego. Dla samego artysty nie miało to jednak żadnego znaczenia. Żegnany gwizdami opuścił scenę wyraźnie przybity i załamany, będąc na skraju płaczu. Los jednak chciał, że właśnie tamtej nocy dał najbardziej przełomowy wystąp w swojej karierze. Na sali znalazły się bowiem dwie, znane muzyczne osobistości, które potrafiły poznać się na talencie i pasji Vaughana. Po koncercie w znajdującym się na tym samym obiekcie barze, gdzie Stevie koił swoje smutki, podszedł do grupy znajomo wyglądający szpetny jak noc osobnik, w którym od razu rozpoznano samego Davida Bowie. Brytyjska gwiazda wyraźnie zainteresowała się osobą Vaughana. Tego jednak w nie nadającym się do niczego nastroju, reprezentowali Chris Layton i Tommy Shannon, a owocem owej rozmowy był udział gitarzysty w nowym projekcie Bowiego, wydanego w 1983 roku powrotu w stylu disco RN’B Co więcej, kilkadziesiąt minut później do klubu przyszła kolejna znana postać z propozycji- Jackson Brown, który zaoferował bezpłatną sesję nagraniową w jego własnym studio w Los Angeles, co zresztą zostało w całości wykorzystane. Tam właśnie Vaughan zarejestrował swój debiutancki album. Tommy Shannon po latach podsumowuje całe zdarzenie słowami „Czasem gdy coś zdaje się kompletną klęską, tak naprawdę okazuje zawoalowanym wspaniałym zwycięstwem” Warto jeszcze powiedzieć, iż 3 lata później Stevie został ponownie zaproszony do Montraux, a tłumnie zgromadzona publiczność, która zdążyła już zapoznać się z albumami Vaughana, potraktowała go jak bohatera. On za to odwdzięczył się najlepiej jak tylko mógł- dając niezapomniane bluesowe widowisko, którego echa do dziś odbijają się po tej szwajcarskiej miejscowości .
Dziś mimo, że od pierwszej płyty artysty minęły raptem 23 lata, Stevie jest już legendą w pełnym tego słowa znaczeniu. Co roczne memoriały, zloty fanów, wystawiane pomniki, gitary na kształt tej cudownej pierwszej żony, wszystko aby tylko godnie odpłacić Vaughanowi za wspaniałą muzykę jaką nam pozostawił. Nic jednak nie jest w stanie zwrócić fanom ich ukochanego artysty a znajomym tego wspaniałego wiecznie uśmiechniętego dzieciaka, który brnąc przez wstrętny nałóg na ani na moment nie wyrzucił z siebie wielkodusznego człowieka, będąc uosobieniem wszech pojętego dobra niespotykanego w naszych czasach. Dziś patrząc nawet na kilka klatek z nagrań jego niezapomnianych koncertów nie sposób nie uronić łzy, oraz wyzbyć kołaczących się po głowie myśli „jak okrutny może być los, że po wyżej opisanych 28 latach zaciekłego dążenia do celu, i wreszcie zaledwie po 9 latach kariery, z której 4 stanowiła mordercza walka z narkotykami, w tak głupi i przypadkowy sposób ginie jeden z największych talentów muzycznych XX wieku. Czy to los przyszedł po zapłatę za dar jaki udzielił Steviemu przy wyjściu z łona matki?, czy to dług za to, że wreszcie dał mu się wybić, a może to kara za narkotykowe grzechy jakich się dopuścił. Ludzie zastanawiają się dlaczego zginął Vaughan. Przecież dopiero co pokonał śmiertelny nałóg. Ja jednak słuchając jego płyt, bądź oglądając koncerty, które za każdym razem zdają się zupełnie inne, odkrywane przeze mnie na nowo, odnoszę nieodparte wrażenie, że kiedy płyną te wspaniale dźwięki, gdzieś między cząsteczkami powietrza wyczuwam obecność tego niesamowitego człowieka. Jakby za każdym razem kiedy wkładam do wieży jego krążek, on pojawiał się tuż obok mnie i grał specjalnie dla mojej osoby. Może i Stevie Ray Vaughan umarł, lecz jego muzyka pozostanie wiecznie żywa.
Gość
 

Postautor: Gość » września 25, 2005, 10:02 pm

Sam się sobie dziwie jak ambicjonalnie zaczynam traktować pisanie o Steviem. Właśnie kilka postów niżej natrafiłem na propozycje Pana Andrzeja Matysika odnośnie przysyłania recenzji swych ulubionych płyt, czego nagrodą jest ewentualna, okazyjna działalność z szacownym pismem "Twój Blues", co z kolei stanowi dla mnie nieosiągalny zaszczyt, ale co tam, mówię spróbuję.
Skrobnąłem cosik, trochę z wcześniejszych wypocin czerpiąc, ale jakieś takie nijakie mi się zdaje. Dlatego serdecznie proszę poświęćcie swoją chwilkę i spróbujcie doradzić młodemu adeptowi co jest nie tak, co może należy zmienić, byłbym niezwykle wdzięczny. Pawela

Oto recenzja:

Stevie Ray Vaughan „Texas Flood”

Nazwanie Steviego Ray Vaughana najwybitniejszym artystą bluesowym ostatnich dwu i pół dekady, to tak jakby całą pasje błękitnych dźwięków zawrzeć w słowach- „motyw muzycznym o 12-taktowej strukturze”. Nazwanie jego debiutanckiego krążka kamieniem milowym nowoczesnego bluesa, to tak jakby sławetny „Electric Mud” zdefiniować jako dokonanie- „ciekawe”. Brak mi tak naprawdę słów, by w pełni zobrazować istotę geniuszu tego błyskotliwego debiutu. Płyty, którą Vaughan dobitnie pokazał, iż w latach 80, czasie masowej powodzi komercyjnych popłuczyn jest również i miejsce dla starego sędziwego i zapomnianego bluesa, z którego śmiercią powoli zaczynali godzić się nawet najwierniejsi fani.

W roku 82 kapela występująca pod szyldem Stevie ray Vaughan & Double Trouble, z Tommym Shannonem na basie i Chrisem Laytonem przy garach desperacko potrzebowała jakiegoś przełomu, gdyż dla 30 już prawie letnich muzyków zaczynał powoli wybijać ostatni dzwonek dla wypłynięcia na szersze wody. Czy to zwyczajna nieśmiałość, czy nieodpowiednie miejsca w jakich się znajdywał, ludzi jakich spotykał, czy może grymas wszechmocnego losu ,w każdym razie przez dobre 13 lat swych muzycznych wojaży po Teksasie, Stevie w oczach innych nie wzbudzał zainteresowania, prorokującego narodziny przyszłego pioniera gitary, jakim się wkrótce stanie. Wszystko miało się jednak zmienić, gdy grupa niespodziewanie dostaje propozycje na występ podczas skądinąd znanego ogólnoświatowego festiwalu w szwajcarskiej mieścinie Montreaux. Tam mimo, że nie zbyt oswojona z surowym Teksańskim brzmieniem miejscowa publiczność, okrasiła występ solidną porcją gwizdów, a wypowiadający wieńczącą formułkę „dziękuje, dobranoc” Stevie miał łzy w oczach, wreszcie znalazła się osoba potrafiąca poznać się na niecodziennym talencie i pasji gitarzysty z Austin. I niczym podmiot amerykańskiego snu, Stevie w zaledwie kilka dni trafia z krainy jodłujących dziadków w serce amerykańskiego showbusinessu, pod opiekę samego Johna Hammonda. Słynny producent co dzień winszujący sobie wynalezienie takich komercyjnych maszyn jak Bruce Springsteen ,czy Bob McFerrin, dobrze zdawał sobie sprawę, iż jego nowy nabytek może nie obsypie go zlotem w takim stopniu, jak poprzednicy, lecz nie mógł przejść przecież obok człowieka, który jak mówił sam Hammond ”grał na gitarze jak nikt inny kogo słyszałem od czasów Hendrixa”.

I bardzo słusznie postąpił. Grupa nie trzymała go zbyt długo w niepewności. Debiutancki krążek „Texas Flood” jest chyba najszybciej zarejestrowanym materiałem na Lpek w całej historii przemysłu fonograficznego. Grupa skleiła go w całość w Uwaga!- zaledwie 3 dni i to za pierwszym razem, bez jakichkolwiek dogrywek, a nawet bez użycia słuchawek ,co nie znajduje w ogóle porównań w kilku miesięcznych sesjach „kamieni milowych rockandrolla”. Wystarczy tylko powiedzieć, że gdy przy nagrywaniu kawałka „Tell Me” Steviemu pękła struna ten błyskawicznie naciągnął następną, a grupa kontynuowała utwór dokładnie od miejsca wypadku. I wydawać by się mogło, że każdy normalny studyjny inżynier od razu zainicjował by powtórkę, jednak tamtego dnia żaden nie śmiałby tego zrobić .Tamtego dnia wszyscy w studio dobrze wiedzieli, iż nie mają do czynienia ze zwykłą sesją nagraniową. Wtedy ten niesamowity nie pozornie wyglądający Teksańczyk uraczył ich muzycznym misterium, do którego grzechem było się wtrącać w jakichkolwiek sposób. I na szczęście nie musieli sobie pluć w brodę, bowiem kiedy wraz z rozpoczęciem roku 83, światło dzienne ujrzał wyłaniając się spoza czasu i przestrzeni pierwszy krążek Steviego Ray Vaughana, od razu sama zaczęła tworzyć się historią. Krótka, burzliwa i tragicznie przerwana kariera jednego z największych talentów muzycznych Ameryki.
Ku zaskoczeniu wszystkich zainteresowanych ten artysta niosący za sobą zapomniane tradycje muzyczne jakże zasłużonego stanu jakim jest Teksas pozwolił swym debiutem odrętwiałemu bluesowi lat 80 na zaczerpniecie drugiego oddechu. „Wreszcie pojawił się ktoś, kto tak jak muzycy lat 60 wypełnił ciągle poszerzającą się lukę pomiędzy komercyjnym rockandrollem, a zamkniętym w swym niszowym środowisku bluesem ”i piali z zachwytu muzyczni żurnaliści. Czymże byłby blues dla dzisiejszego pokolenia, gdyby nie ta płyta? Aż strach pomyśleć. Ciężkie surowe brzmienie, głęboki naładowany energią wokal, a przede wszystkim świeży i pozbawiony kompleksów styl gry, tego ówczesna publiczność potrzebowała najbardziej i tego potrzebował blues by powstać na nowo. A żądania te „Texas Flood„ spełniał z nawiązką. Od pierwszego dźwięku na płycie uderza słuchacza dojrzałość muzyczna przecież dopiero debiutującego artysty, obrazująca się w całkowicie ukształtowanej stylistyce grania, oraz szerokiej palecie zagrywek, które choć z jednej strony czerpią z wielkich osobistości Jazzu i Bluesa, z drugiej wyznaczają nowe standardy oraz kompletnie zmieniają spojrzenie na gitarowy warsztat Rythm’n Bluesa lat 80. Potwierdza to dobór piosenek na „Texas Flood”. I tak obok utworów autorstwa Steviego, jak otwierający album rockandrollowy dynamit „Love Struck Baby” i pulsujący groove „Pride and Joy” czy wspaniałe instrumentalne „Testify” oraz „Rude Mood”(nagroda Grammy za najlepszy rockowy utwór instrumentalny) widzimy zmyślnie dobrane covery w odświeżających aranżacjach- tytułowy „Texas Flood”, ekspresyjny slow blues zapomnianych już Teksańskich bluesmanów L.C Davisa i J.W Scotta, „Mary Had a Little Lamb” klasyk z repertuaru Buddego Guya, czy niesamowita wersja „Tin Pan Alley”, która od tej pory stała się nieodłączną wizytówką Steviego. Ostre, kujące vibrata w stylu B.B Kinga, szalone artykulacje spod sztandaru Buddego Guy’a, muskularny ton Alberta Kinga, szybkość Lonniego Macka, oraz pozaziemska otoczka mentora i prawdy ostatecznej Jimiego Hendrixa. A wszystko grane na strunach o grubości nie spotykanej dziś w nawet najbardziej ekstremalnych odmianach Jazzu, dając przepotężne brzmienie , jakie z serca instrumentu potrafił wydobyć tylko jeden człowiek. Tak grał na „Texas Flood” najprawdopodobniej ostatni prawdziwy bohater gitary jakiego rockandroll będzie miał okazję zobaczyć. 38 miejsce albumu na billboardach oraz główne nagrody największego światowego magazynu poświęconego sześciu strunom , może nie robi wrażenia na postronnych, lecz dla artysty wywodzącego się z bluesowego kręgu i do końca kariery z tą stylistyką związanego, jest to od czasów Claptona ewenement wielkiego kalibru, powtórzony już tylko przez kolejne płyty Vaughana. Czyni to „Texas Flood” wartym swego miejsca na półce każdego miłośnika dobrej muzyki.
Gość
 

Postautor: pawela » listopada 29, 2005, 6:16 pm

....Ciąg dalszy

Echa Los Angeles wciąż spędzały sen z powiek Steviego. Dobrze pamięta to miasto. Kiedy 10 lat przyjechał tu jako szajbnięty teksański dzieciak z gitarą cały świat miał stanąć przed nim otworem. Pokpił jednak sprawę. On i jego koledzy z zespołu. Kalifornijskie dziewczyny, Kalifornijskie słońce, Kalifornijskie plaże, drinki z parasolkami, a wszystko przyprószone białym proszkiem aż tu nagle gwałtowne przebudzenie. Skacowany jak jasna cholera, nie wiadomo gdzie, nie wiadomo z kim, dochodzi do niego kłujce uczucie że właśnie ma zabierać tyłek w troki. Stevie Dostał niepowtarzalną możliwość darmowego zarejestrowania swojego materiału z ogromnym prawdopodobieństwem następującej publikacji z rąk zaprzyjaźnionej wytwórni tymczasem gdy przyszła godzina zero on po dwóch tygodniach używania sobie w mieście aniołów nie wiedział nawet gdzie aktualnie znajduje się jego gitara oraz koledzy zespołu. „Nie”- przez kolejne 10 lat rozbrzmiewać miał pod jego kopułą gorzki werdykt szefa wytwórni AGM, oceniający ostateczne wypociny kapeli. Niby nic się nie stało- tłumaczył sobie, po ukończeniu 19 wiosny większość mu podobnych gra co najwyżej do kotleta oraz kilku brodatych zboczeńców gdzieś w zabitej dechami teksańskiej ruderze ale kiedy w wieku 29 lat Stevie był wciąż ogłaszany pod szyldem młodego utalentowanego braciszka boskiego Jimmiegego Vaughana z Fabulus Thunderbirds coraz bardziej nienawidził siebie oraz tego miasta zepsucia. Aż tu nagle po 10 chudych latach niekończącej się muzycznej tułaczki wszystko znowu przyspiesza na łeb na szyję. Ledwo to wszystko pamięta. Jakaś Szwajcarka mieścina, występ okraszony gwizdami, a potem smutek i łzy. Wnet jednak gratulujący występu David Bowie, oraz Jackson Brown I niczym podmiot amerykańskiego snu, Stevie w zaledwie kilka dni trafia z krainy jodłujących dziadków w serce Los Angeles i całego amerykańskiego showbusinessu, uciskając dłoń samego Johna Hammonda ,tego od Dylana, Springsteena i wielu innych, trzymającego w drugiej ręce 3- płytowy kontrakt. Jak nie teraz to kiedy??!!.

Stevie mimo, że przeczuwał nadejście „jego czasu”, doskonale wiedział, też, że nic nie przyjdzie samo z siebie.. Nauczony bolesnymi doświadczeniami, tym razem nie przyjechał do Los Angeles jako nastoletni maestro sześciu strun, a jako prowincjonalny grajek z Texasu mający brzdąknąć gdzieniegdzie nutkę lub dwie. Tym bardziej ,iż wraz z ponownym pojawieniem się w LA Stevie o Hamondzie i żadnym kontrakcie nie miał prawa jeszcze myśleć. Na razie ma do dyspozycji 3 dni w miejscowym studio Jacksona Browna, które niniejszy podarować Steviemu za darmo , będąc pod zachwytem pamiętnego występu w Montreaux. By jednak nie było za słodko termin nagrania pokrywał sił z głęboko wpojonym w amerykańską mentalność Świętem Dziękczynienia , które każdy winien był spędzić wśród domowego ogniska. Toteż Bronwn wbrew temu co obiecał, nie zaszczycił Double Trouble swoją obecnością podczas sesji i dał tym samym do zrozumienia gdzie jest Vaughanowskie miejsce w szeregu. Grupa przekonać się co do swego statusu, miała również wraz wejściem do studia, gdzie zastała jednego dźwiękowca, którego bardziej od Vaughana interesował mecz Engelsów w telewizji. Stevie i spółka zmęczeni przekonywaniem ów Pana od dźwięków co do swych zamiarów postanowiła ściągnąć „swojego człowieka”- Richarda Mullena. Ze skutkiem, jednak dość opóźnionym, bo w oczekiwaniu na jego przyjazd zmarnowało się już półtora studyjnego dnia, a więc jedna druga tego co mieli do wykorzystania. W pełnej obaw i niepokoju bezsennej nocy po straconym dniu, Stevie dostał jednak zastrzyku pokrzepienia. Jest 4 rano, on gapi bez celu w pusty kufel, gdy chwile kontemplacji przerywa mu dzwonek telefonu. „Kto do cholery”? ledwo wydukał z siebie. „David Bowie z tej strony, jeżeli dzwonie późno- przepraszam, która to u was w Kaliforni?”
I tak okazało się, że Stevie ma dla siebie drugą alternatywę. Jeżeli zawiodą nadchodzące dwa dni w studio, on może wykonać telefon i korzystając z oferty jaką mu złożył Bowie, wspominający wystąp w Montreaux, grać u boku faceta, który wypełnia 80 tys. stadiony. Może i grając gównianą dance-popo elektro, mieszankę, ale za to za solidne pieniądze. Stevie zasnął spokojnym snem. Nazajutrz przyjechał dźwiękowiec z Texasu – Richard Mullenem i nie było już czasu do stracenia.

Co najbardziej zachwyca w „Texas Flood” to niezwykłe wrażenie ,iż krążek jest rejestrem muzycznego misterium granego na żywo. I Chyba nie ma lepszego wytłumaczenia ów fenomenu niż stwierdzenie, że było nie było ta płyta to tak naprawdę występ w czasie rzeczywistym..
Debiutancki krążek „Texas Flood” jest chyba najszybciej zarejestrowanym materiałem na Lpek w całej historii przemysłu fonograficznego. Grupa niemiłosiernie goniona limitem czasowym skleiła materiał w całość w Uwaga!- zaledwie 5 godzin i to za pierwszym razem, bez jakichkolwiek dogrywek, a nawet bez użycia słuchawek ,co nie znajduje w ogóle porównań w kilku miesięcznych sesjach „kamieni milowych rockandrolla”. Wystarczy tylko powiedzieć, że gdy przy nagrywaniu kawałka „Tell Me” Steviemu pękła struna, ten błyskawicznie naciągnął następną, a grupa kontynuowała utwór dokładnie od miejsca wypadku. I wydawać by się mogło, że każdy normalny studyjny inżynier od razu zainicjował by powtórkę, jednak tamtego dnia żaden nie śmiałby tego zrobić .Tamtego dnia wszyscy w studio dobrze wiedzieli, iż nie mają do czynienia ze zwykłą sesją nagraniową. Wtedy ten niesamowity nie pozornie wyglądający Teksańczyk uraczył ich muzycznym misterium, do którego grzechem było się wtrącać w jakichkolwiek sposób. I na szczęście nie musieli sobie pluć w brodę, bowiem kiedy wraz z rozpoczęciem roku 83, światło dzienne ujrzał wyłaniając się spoza czasu i przestrzeni pierwszy krążek Steviego ray Vaughana, od razu sama zaczęła tworzyć się historią. Krótka, burzliwa i tragicznie przerwana kariera jednego z największych talentów muzycznych Ameryki.

Daleko jednak na razie było Steviemu do tego statusu. Tym bardziej, iż świeżo po swym studyjnym tryumfie dalej czekały go rozczarowania. Na początku się na to nie zapowiadało. Wręcz przeciwnie. Po jednym z okazyjnych występów w Nowym Jorku,(sprawka nowego menadżera- Charlesa Broyca) Vaughan został wypatrzony przez będącego zupełnie in cognito samego Sir Mick Jaggera, który czy to we właściwej sobie narkotycznej euforii czy pod bezpośrednim wpływem gitarowych wyczynów Steviego, zaczął wrzeszczeć w niebogłosy coś o „zstępującym duchu Hendrixa”. W każdym razie wśród całego bełkotu jedno na pewno dawało się zrozumieć. Jagger w imieniu należącej do Stonesów wytwórni zapowiedział rychłe zajęcie się świeżym materiałem Steviego.
To by było coś. Ludzie, którzy 20 lat wcześniej wpoili białej publiczności oraz całemu muzycznemu światku jak wiele może znaczyć dobrze zagrane 12 taktów są teraz gotowi dopieścić i wydać „skromne nagranko” spod ręki Vaughana. Wnet jednak całe menadżersko-producenko- doradcze zaplecze Stonesów wybiło Jaggerowi ten pomysł z głowy. Stonesi mimo wytworzonego przez siebie archetypu wolnego, niezależnego, zdziczałego rockandrollowca, nawet w latach 80, gdy już od dawna mogli sobie pozwolić na wszystko, dobrze wiedzieli że menadżerów trzeba się słuchać. Zarówno dlatego, iż to menadżerowie zaszczepili w ich umysły ów diaboliczny archetyp jak i dlatego, że ów archetyp wkrótce zmienił piątkę londyńskich dzieciaków w ikony współczesnej kultury. Właśnie tak działa muzyczny showbusiness i o tym miał się przekonać Vaughan. Nie ważne jak świetnie jeździł palcami po gryfie on był wciąż nieśmiałym dzieciakiem z Texasu, grającym przez Boga zapomnianego bluesa i nie miał prawa się dobrze sprzedać.

Nie było jednak tak tragicznie, jak w wypadku wcześniejszych rozczarowań. Stevie zrobił już przecież maleńki kroczek do przodu, lecz dalszy grunt był wciąż niepewny. Dość pewnym natomiast zdawać może się fakt, iż przez zdradliwe grunty początków muzycznej kariery była w stanie przeprowadzić Steviego osoba stawiająca swe pierwsze kroki już dobre 10 lat temu. Pal licho ,że wszyscy starzy kumple z Texasu będą wyzywali go od zdrajców,- „dzwonie do tego pedała Bowiego” Stevie wreszcie podjął ostateczną decyzję. I zrobił to w ostatniej chwili. Jako, że Bowie był coraz bardziej zniecierpliwiony w poszukiwaniach gitarzysty pozwalającego nadać jego come backowej Lp-ce w stylu rn’b disco, ognistych gitarowych solówek , przyjął on Steviego z ucałowaniem dłoni zapewniając darmowy przelot i iście królewskie zakwaterowanie w NY.

Dziwna była to fuzja. Gwiazda, seksualny dewiant wnoszący do współczesnych dźwięków obskurne electro-awangardowe brzmienie oraz prowincjonalny dzieciak z Texasu ubierający się i śpiący w tych samych ciuchach, któremu zniesmaczona ekipa nagraniowa na Manhatanie po pierwszej próbie zafundowała nowy komplet garderoby. „Skąd żeś wytrzasnął tego śmiecia” pytali się Bowiego na stronie.

No cóż, Stevie może nie pachniał jak dżentelmeni z najwyższych sfer, może wyglądał jak nic nie warty dzieciak znikąd, ale było nie było, na gitarze grać potrafił. Gdy tylko wziął w swe ręce instrument wszelkie pomruki niezadowolenia milkły a Bowie winszował sobie niepowtarzalnego odkrycia i dziękował opatrzności za taką perełkę. Perełkę, która zapewniła albumowi Let’s Dance status istnego bestsellera(7mln kopii) to może za daleko idące hasło. Stevie machnął tylko przecież tu lub tam kilkunastu sekundową solówkę, ale faktem jest, że gdy prasa obsypywała krążek wychwalającymi recenzjami każda z nich najbardziej wynosiła pod niebiosa jedno. Kunszt, wyczucie i muzyczna wyobraźnię Bowiego pozwalająca na angaż surowego brzmienia z Texasu w komercyjne disco.
Nazwisko samego Vaughana pozostawało jednak niezauważane. Ale jak na razie Stevie nadto nie cierpiał z tego powodu, zważając na to ile czystego muzycznego doświadczenia wyniósł ze współpracy z super gwiazdą. Jaki to był skok ze śmiesznej wręcz sesji nagraniowej ze studia Browna do rejestru doprowadzonego do sterylnej perfekcji przez regimenty magików studyjnej obróbki. Jak dojrzalszym stał się artystą przechodząc z narkotyczno- muzycznego żywiołu w sesje gdzie pod nos podstawiano mu partyturę. Z wolnego strzelca ledwo wiążącego koniec z końcem stał się solidnie i regularnie zarabiającym profesjonalnym muzykiem. I nic innego, jak mu się wtedy wydawało, nie było mu do szczęścia potrzeba.

Po nagraniu płyty przyszła kolej na promujące ją tourne, co dla Steviego oznaczało oczywiście kolejne tysiące dolarów na koncie.
Jednak obok zarobków na trasie zaczęły pojawiać się moralne rozterki. Zdrada kolegów z Double Trouble, zdrada środowiska w jakim się wychował, a przede wszystkim zdrada samego siebie, takie hasła coraz częściej zbierały się czarnymi chmurami nad głową Vaughana, a on coraz rozpaczliwiej starał się je odganiać. Jednak za radę największego życiowego autorytetu- brata Jimmiego, człowieka którego akty pomocy dla Steviego przez te 30 lat można policzyć na palcach jednej ręki, młodszy Vaughan postanawia udać się jeszcze w trasę po Europie. A znaczyło to tyle co kolejne procentujące doświadczenia i lekcje. Lekcje na temat tego jaką dżunglą okazuje się wielki muzyczny biznes. Jak krwiożercza może być rywalizacja o gitarowy prym w bandzie wielkiej gwiazdy, jakiej Stevie doświadczył mając u boku drugiego prowadzącego gitarzystą Paula Altmana. A w pojedynku tym to Vaughan stał na straconej pozycji. To on był prowincjonalnym grajkiem z Texasu, on miał problemy z czytaniem nut, to on był niepoczytalnym dzieciakiem, mogącym w każdej chwili odlecieć na dobre po solidnej porcji białego proszku, to jego niesforna, świeżo poślubiona żona Lenny, pałętała się wszystkim pod nogami. I właśnie wyrok wydany przez Bowiego, skazujący Lenny na wygnanie z tourowego ogniska okazał się dla Steviego punktem zwrotnym.
Owszem zaznał sobie wielkiego życia „On the Road”, lecz wnet zdał też sobie sprawę jak bardzo tęsknił za tym co zostawił za sobą. Za kolegami z Double Trouble, za swojskimi bluesowymi knajpkami, lecz przede wszystkim brakowało mu Lenny. Opuszczenie Bowiego, mimo jego usilnych próśb by jednak został z nim do końca trasy, było najbardziej dojrzałą i odpowiedzialną, a jednocześnie najodważniejszą decyzją Vaughana do tej pory. Oto postanowił, że woli klepać biedę grając swoją, nikomu nie potrzebną muzykę, niż porządnie zarabiać odstukując kilka nutek za plecami światowej sławy. A wnet miał przekonać się że jego własna muzyka wkrótce okaże się potrzebna milionom słuchaczy na całym świecie. Kiedy nieoczekiwanie, jeszcze w Europie odebrał telefon od Jona Hammonda, człowieka bez którego nie było całej współczesnej muzyki rozrywkowej, Vaughan wreszcie mógł zostawić za sobą niepowodzenia i sam wziąć sprawy w swoje ręce. Słowa Hammonda, zachwyconego taśmą z Texas Flood, jaką okazyjnie podrzucił mu Jackson Brown były proste jak konstrukcja cepa. Na Steviego w Los Angeles czekał 3 płytowy kontrakt, którego nie pozostawało nic innego jak tylko dobrowolnie podpisać.
pawela
bluesgość
bluesgość
 
Posty: 3
Rejestracja: sierpnia 1, 2005, 9:43 pm

Postautor: Blue_tommy » lutego 22, 2006, 7:57 pm

Stevie Ray Vaughan - Little Wing Tribute:

http://video.google.com/videoplay?docid ... 99&q=Blues

Stevie Ray Vaughan - Texas Flood:

http://video.google.com/videoplay?docid ... ay+Vaughan

Stevie Ray Vaughan - Little Wing
http://video.google.com/videoplay?docid ... ay+Vaughan

P.S.
Jeżeli coś nie działa to przepraszam, jak sami widzicie to mój pierwszy post.
Chill Out (Things Gonna Change)
Blue_tommy
bluesgość
bluesgość
 
Posty: 1
Rejestracja: października 9, 2005, 10:36 am
Lokalizacja: Warszawa

...

Postautor: gkules » czerwca 24, 2006, 12:43 am

nie wiem jak Wy, ale kiedy ja słucham albumu "In Step" to przechodzi przeze mnie niesamowity dreszcz, ciężko opisać to słowami, przy tej muzyce człowiek czuje sie niesamowicie, wystarczy wymienić choćby utwór "Crossfire", czysta esencja bluesa

czasami zastanawiam sie, jakby wyglądała jego muzyka dzisiaj Stevie, gdyby żył nadal...
pewnie cały świat żyłby jego muzyka, przecież obok TAKIEJ MUZYKI nie można przejść obok

pierwszy raz zobaczyłem Steviego jak zagrał koncert unplugged i wtedy po raz pierwszy zobaczyłem co można zrobić z gitara akustyczna (12 strunowa), magia, mam nadzieje ze kiedyś choć w 1/100 będę grac jak on:)


edit:

czy widzieliście jak zagrał Stevie Voodoo Chile podczas koncertu w Austin w 1983r ? Moim zdaniem lepsze wykonanie od oryginaly Jimmiego.

myślałem ze mało osob zna SRV, przynajmniej moi znajomi jakoś Go nie znają, ale myliłem sie, dobrze ze jest jeszcze grupka starych wymiataczy którzy lubią posłuchać czegoś pięknego;], chwała Wam za to...

a Stevie zawsze będzie w naszej pamięci...
gkules
bluesgość
bluesgość
 
Posty: 5
Rejestracja: czerwca 24, 2006, 12:28 am

Postautor: bohdan » czerwca 24, 2006, 10:55 am

Ja po obejrzeniu Waltera Trouta stwierdziłem, że Stevie mógłby grać bardzo podobnie. Też niesamowita energia i dynamizm grania.

W YouTube.com poszukajcie SRV a znajdziecie nawet filmik z jego wywiadu i cześć koncertu Unplugged.

gkules ty osobiście widziałeś SRV czy z nagrania??
bohdan
bluesHealer
bluesHealer
 
Posty: 1295
Rejestracja: maja 17, 2005, 6:38 pm

Postautor: gkules » czerwca 24, 2006, 11:12 am

niestety tylko nagranie, nigdy nie mialem tej przyjemnosci zobaczyc SRV na zywo, zmarl jak mialem 4 lata :(

ale za to znam jednego czlowieka, ktory byl na jednym z ostatnich koncertow SRV i z tego co mi opowiadal jaka panowala tam atmosfera , to zaluje ze nie urodzilem sie troszke wczesniej, tak moze mialbym wieksze szanse zeby zobaczyc Steviego na zywo, ale zycie potoczylo sie inaczej...
gkules
bluesgość
bluesgość
 
Posty: 5
Rejestracja: czerwca 24, 2006, 12:28 am

Postautor: gkules » czerwca 27, 2006, 1:55 pm

mam male pytanko do gitarzystow;]
czy probujecie jak Stevie grac na strunach 13? dla mnie sa one troszke za grube, szybko zaczyna dretwiec reka i pozniej nie da sie nic zagrac, moze zaczac stopniowo zwiekszac grubosc strun? Osobiscie mam wielka manie na punkcie Steviego i chcialbym jak najlepiej grac jego utwory

pozdrawiam
:wink:
gkules
bluesgość
bluesgość
 
Posty: 5
Rejestracja: czerwca 24, 2006, 12:28 am

Postautor: Leszek Jakubczak » czerwca 28, 2006, 9:21 am

gkules pisze:mam male pytanko do gitarzystow;]
czy probujecie jak Stevie grac na strunach 13? dla mnie sa one troszke za grube, szybko zaczyna dretwiec reka i pozniej nie da sie nic zagrac, moze zaczac stopniowo zwiekszac grubosc strun? Osobiscie mam wielka manie na punkcie Steviego i chcialbym jak najlepiej grac jego utwory

pozdrawiam
:wink:


Stevie nie używał dokładnie 13tek - tylko mieszanego kompletu 013, .015, .019, .028, .038 and .058. We wczesnych latach E1 osiągała grubość nawet 18!!! Pod koniec życia Rene Martinez namówił go do zakładania E 011. No i strój o pół tonu niżej. I Stevie miał ogromne łapska. Proponuje Ci grać na 11tkach - sprawdzają się znakomicie. Pozdrawiam
Awatar użytkownika
Leszek Jakubczak
blueslover
blueslover
 
Posty: 681
Rejestracja: lipca 12, 2005, 9:35 am
Lokalizacja: Warszawa

Postautor: gkules » czerwca 28, 2006, 3:32 pm

na google jest filmik z koncertu jak Stevie gral Lenny i tam chyba wlasnie uzywal 11, z tego co widze;]

a i jeszcze jak nazywa sie technika jaka gral solowki Stevie (i nie tylko solowki), gral kilka strun na raz (jakby akordy) ale kilka z nich tlumil, takze wychodzil jeden pojedynczy dzwiek, np w Crossfire.?
gkules
bluesgość
bluesgość
 
Posty: 5
Rejestracja: czerwca 24, 2006, 12:28 am

Postautor: Krzysiek S » czerwca 28, 2006, 8:42 pm

Polecam bardzo fajną stronę o SRV:
http://www26.brinkster.com/jakapa/srv/faq/faq1.htm

Są to najpełniejsze informacje o nim jakie znalazłem :)
When that fat old sun in the sky is falling,
Summer evening birds are calling.
Summer's thunder time of year,
The sound of music in my ears...
Krzysiek S
bluespatronize
bluespatronize
 
Posty: 1893
Rejestracja: stycznia 23, 2006, 11:14 pm
Lokalizacja: Bydgoszcz

W temacie

Postautor: Góri » sierpnia 26, 2006, 10:22 pm

Podczas telewizyjnego występu w Berlinie w roku 1983 dziennikarka współprowadząca program zagadnęła Stevie Ray Vaughan’a w taki oto sposób: Wiem, że żaden artysta nie lubi porównań, ale porównuje się Ciebie do Jimi Hendrix’a. Mówi się, że od czasu Jimi’ego nie było drugiego takiego gitarzysty, co Ty na to? Ray Vaughan odparł jej na to z widocznym grymasem zażenowania na twarzy bardzo krótko: Myślę, że jest tylko jeden Jimi Hendrix i tylko jeden ja.
16 lat temu pośród spowitych mgłą wzgórz nieopodal East Troy w Wisconsin na zawsze wybrzmiała bardzo już sfatygowana gitara sygnowana trzema magicznymi literami: SRV...
Awatar użytkownika
Góri
bluesHealer
bluesHealer
 
Posty: 874
Rejestracja: kwietnia 6, 2004, 8:19 pm
Lokalizacja: Ostrów Wielkopolski

W temacie

Postautor: Góri » sierpnia 27, 2006, 9:42 am

http://www.youtube.com/watch?v=JFQoFN0S ... ed&search=
- to tak trochę a propos dzisiejszej daty...
http://www.youtube.com/watch?v=NVBQDZCOMI0
- i jeszcze coś. Tym wykonaniem Pride & Joe podczas koncertu w ramach cyklu MTV unplugged, jak dla mnie przynajmniej Stevie potwierdził swoją klasę nie tylko jako gitarzysta, ale i wokalista!
Awatar użytkownika
Góri
bluesHealer
bluesHealer
 
Posty: 874
Rejestracja: kwietnia 6, 2004, 8:19 pm
Lokalizacja: Ostrów Wielkopolski

Postautor: Texas_Blues » sierpnia 30, 2006, 12:39 pm

Jeśli chodzi o płytę SRV to proponuję Texas Flood lub Couldn't Stand The Weather. Jest taki trój-pak zawierający trzy pierwsze płyty. Zdecydowanie opłaca się go zakupić. Pozdrawiam
Musisz mieć marzenia, jeśli nie masz marzeń to jak zamierzasz je realizować???
Texas_Blues
bluesmaniak
bluesmaniak
 
Posty: 14
Rejestracja: kwietnia 12, 2006, 4:46 pm
Lokalizacja: Ustka

Postautor: leszekblues » września 1, 2006, 12:34 pm

Jeśli chodzi o studyjne płyty Steviego to uważam ze Texas Flood ( bardziej bluesowa) lub Couldn't Stand the Weather -warto
Soul to soul i In step uważam za płyty nierówne
Choć i na tych płytach sa perełki
Fajna tez jest , moim zdaniem, Sky is Crying
I koncertowa in Beginning koncert z 1980roku
Live alive dłuższy koncert ( zbiór numerów z trasy) , jednak ze względu na jakość tamtych nagrań ...... tylko dla miłośników SRV
TO samo jeśli idzie o Box (3cd plus dvd ) gdzie niemalże od początku nagraniowej kariery możemy obserwować rozwój Stiviego
Carnegie Hall -udziwnione granie z trąbami i gościnnymi występami różnych muzyków .Kiedyś to nawet lubiłem
Są jeszcze składaki ,których nie lubię
Pewnie coś jeszcze wyszło ale ja już tego nie sledze
DVD Mocambo -dobra rzecz , najlepszy koncert dla oka jaki wyszedł na dvd czy vhs. Tak uważam.
Jest jeszcze Blues at Sunrise, na której to są fragmenty z sesji z Albertem Kingiem

Najogólniej dwie pierwsze płyty to jest to !!!
leszekblues
 

Postautor: tyna » października 20, 2006, 10:29 pm

Ja mam ostatnio właśnie na Steviego mega jazdę, bo mi ostatnio 4 nowe jego DVD wypady w łapy :D
Zwłaszcza tak do śmiechu polecam teledyski, szczególnie 'Cold Shot'- jak ktoś widział to wie, świetne efekty jak np. Stevie spada z dachu albo samochód go ciągnie po ulicy za jakąś nogę czy inne coś^^
SRV to w ogóle jeden z moich ulubionych gitarzystów, genialny ma po prostu feeling i gra Hendrixa na pewno nie gorzej od samego Mistrza :)
A co np sadzicie o Jimmym Vaughanie? Słyszałam go tylko raz, na DVD 'Tribute to SRV' i się trochę podłamałam, jak dla mnie beznadziejny jest.
Awatar użytkownika
tyna
bluespatronize
bluespatronize
 
Posty: 2297
Rejestracja: stycznia 19, 2006, 3:27 pm
Lokalizacja: Poznań/Toruń

Postautor: Stanley-1 » października 20, 2006, 11:04 pm

:D mam znajomego Siuksa z Głubczyc niesamowitego orginała i fana
Steviego ma zespół ktory miał problem z basistą ... :D więc postanowił ze jego zona zastąpi ciągle wakujących muzyków... :shock:
dziewczyna nauczyła się :shock: i pamiętam jej pierwszy występ.. :shock: siedziała po operacji jaka przeszła w szpitalu :shock: na estradzie .. :shock: grając..
bo gitara basowa była dla niej ciężarem... ale zdała egzamin na 5 + :shock:
I jadąc do pracy do Niemiec by zarobić na sprzęt.. :shock: opiekując się starsza osoba zabrała gitarę basową i piecyk by ćwiczyć... :D
to było dla mnie niesamowite... :shock: ale piękne i niepowtarzalne.. :D
co to znaczy kochać Steviego i jego muzykę..
...szczęście to jedyna rzecz, która się mnoży, gdy się nim dzielisz...
.
Awatar użytkownika
Stanley-1
bluespatronize
bluespatronize
 
Posty: 7617
Rejestracja: marca 13, 2005, 10:13 pm
Lokalizacja: Glogówek

Postautor: Kaczy84 » listopada 24, 2006, 2:49 pm

Stevie Ray Vaughan - 1st Unreleased Album
Stevie Ray Vaughan - 1983 - Texas Flood
Stevie Ray Vaughan - 1985 - Soul To Soul
Stevie Ray Vaughan - 1986 - Live Alive (160)
Stevie Ray Vaughan - 1989 - In Step (rerelease 1999) (192)
Stevie Ray Vaughan - 1991 - The Sky Is Crying (84-89) (192)
Stevie Ray Vaughan - 1993 - Guitar Boogie (Austin Texas -78 bootleg)
(192)
Stevie Ray Vaughan - Called The Blues (whit Buddy Guy)
Stevie Ray Vaughan - Don't Mess With Texas (128)
Stevie Ray Vaughan - Live-Dallas-86-03-31 (192)
Stevie Ray Vaughan - Mary Had A Little Lamb
Stevie Ray Vaughan - Mega Rare Tracks 160
Stevie Ray Vaughan - The Final Performance, August 26th, 1990
Stevie Ray Vaughan - The Real Deal Greatest Hits, Vol. 2
Stevie Ray Vaughan - Unplugged (160)
Stevie Ray Vaughan & Double Trouble-Blues at Sunrise (160)
Stevie Ray Vaughan and Double Trouble - Greatest hits (256)
Stevie Ray Vaughan - Accolades (4cd)
Stevie Ray Vaughan - i Robert Cray
i pare innych..
to posiadam :) ...i mam pare koncertow
."Rockpalast-1984","Unplugged" "Z A.King w czasie sesji nagraniowej" " 1986 Saturday Night live(1 utwor)" " First El Mocambo" "Blues Tokio" "VH1 -Legend (biografia)...
AvE Sex ?ubr & Rock N Roll
Awatar użytkownika
Kaczy84
bluesmaniak
bluesmaniak
 
Posty: 12
Rejestracja: listopada 19, 2006, 7:37 pm
Lokalizacja: Pozna?

Postautor: slawekC » listopada 26, 2006, 4:26 pm

Witam Wszystkich!!!!

Posiadam w swoich zbiorach następujące pozycje WIELKIEGO SRV:


1979 - Accolades
1979 - Lupo's Heartbreak Hotel - Providence, RI - November 24, 1979
1979 - The First Thunder
1983 - From Austin To Amsterdam
1983 - Texas Flood
1984 - Couldn't Stand The Weather
1984 - Love & Happiness
1984 - University Of California Davis CA (Out Of The Shadows) (24-11-1984)
1984 - Voss Jazz Festival Voss Norway (23-03-1984)
1985 - Blues For Japan - Shiba Yubinchukin Hall, Tokyo, Japan,
1985 - Burning Strings (Chicago Blues Festival) (07-06-1985)
1985 - Cold Shot (Bootleg Live in Tokyo 1985)
1985 - Seattle Jammin' - Seattle Center Coliseum, Seattle, WA, Sep 1 -85
1985 - Soul To Soul
1985 - Stiletto Rain - Denver, Colorado - June 17, 1985
1986 - Two (Vaughan) Hearts Are Better Than One
1987 - Reseda's Blues, Reseda-Centry Club, CA, Oct 26 -83
1987 - Soul Love - Mann Music Center, Philadelphia, 30jun87 & MTV Unplugged, 30jan90
1987 - The Forgotten Show 1987
1987 - Unforgettable Night - Philadelphia, Pa. - June 30, 1987
1988 - 59 Fender Stratocaster
1988 - Rarities In Concert
1988 - In Italy - Pistoia Blues Festival, Pistoia, Italy, 3jul88
1989 - In Step
1989 - The Wild Man From Texas Plays Houston Live In Albuquerque & Denver 1989
1991 - The Sky is crying
1992 - In The Beginning
1992 - Interchords (interview)
1993 - Guitar Boogie
1994 - Reading '83 - UK Radio Broadcast, 1983 & 1988
1995 - Look At Little Stevie - Mann Music Center, Philadelphia, PA, 30jun87
1996 - A Tale Untold
1996 - Rough Edges
1996 - Unsurpassed Masters, Vol. 1
1997 - Best Little Blueshouse In Texas - Antone's, Austin, TX,
1997 - Live at Carnegie Hall
1998 - Lou Ann Barton & Stevie Ray Vaughan - Suger Coated Love
1998 - Pistoia Blues Festival, Pistoia, Italy - 03jul88
1999 - The Real Deal Greatest Hits 2
2000 - Blues at Sunrise
2000 - The Slow Blues
2001 - LIVE AT MONTREUX
2001 - THE BOXED SET
2003 - Martin Scorsese Presents The Blues Stevie Ray Vaughan
2004 - Live In Tokyo 1985
2005 - Touch the Sky - Soul to Soul Studio Sessions - February 1984

I jeszcze parę pozycji video:

STEVE RAY VAUGHAN - Mtv Unplugged
Stevie Ray Vaughan - Pride And Joy
Stevie Ray Vaughan - Pistoia Blues (Live in Italy 1988)
Stevie Ray Vaughan - Rockpalast Loreley
Stevie Ray Vaughan - Blues In Tokyo {1985}
Stevie Ray Vaughan & Double Trouble - Live At Montreux
Stevie Ray Vaughan - Live At the Mocambo
Stevie Ray Vaughan-Tokyo Shiba Yubinchokin Hall Japan Jan24Th1985 Dvd-Rip
Stevie Ray Vaughan-New Orlians 1987
Stevie Ray Vaughan - Live in Munich 27 Aug 1984 Alabama Hall
Stevie Ray Vaughan And Jeff Beck - In Session 1984
Stevie Ray Vaughan - VH1 Legends VCD Ready
Stevie Ray Vaughan - Austin City Limits Outakes (Concert)

Chętnie się podzielę :) :) :)
Awatar użytkownika
slawekC
bluesgość
bluesgość
 
Posty: 2
Rejestracja: września 5, 2006, 3:15 pm
Lokalizacja: ?L?SK

Postautor: tyna » listopada 26, 2006, 9:39 pm

Jeśli chodzi o video to mam:
-dwa koncerty z Montreaux: '82 i '85
-'Live In Japan'
-'Live From Austin, Texas' (tu momentami obraz nie nadąża za dźwiękiem, nie wiem czy to wina mojej płyty czy jest to tak nagrane?)
-'Pride And Joy' (tak a propos- widział ktoś teledysk do 'Cold Shot'? Genialne efekty specjalne :lol: )

Ogólnie przez ten temat mnie naszło teraz na SRV, właśnie włączam DVD :D
Awatar użytkownika
tyna
bluespatronize
bluespatronize
 
Posty: 2297
Rejestracja: stycznia 19, 2006, 3:27 pm
Lokalizacja: Poznań/Toruń

PoprzedniaNastępna

nowoczesne kuchnie tarnowskie góry piekary śląskie będzin świętochłowice zawiercie knurów mikołów czeladź myszków czerwionka leszczyny lubliniec łaziska górne bieruń

Wróć do Na jeden temat...

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Google [Bot] i 10 gości